Rejs

To miał być łatwy rejs.

Nudny wręcz.

Gdy wyruszali, wszystko, na co liczyli, to pląsające w toni Adriatyku gromady płetwali i delfinów.

Aż trzeciego dnia nadeszło przeznaczenie.

Ciemne chmury zasnuły zachodnią część nieba, zwiastując spotkanie z siłami żywiołu.

Na samym pokładzie okrętu w tym momencie niewielu było majtków i marynarzy. Jak jeden mąż wędrowali po linach, niczym człowiecze pajęczaki, zwijając wanty i żagle. Jedyne, co powinno przywitać szkwał to puste maszty i zabezpieczona załoga.

Kapitan mocował się z kołem sterowym. Wiedział, że w końcu polegnie, bo z siłą żywiołu nikt nie wygrał.

W końcu nieboskłon całkiem zasnuły ołowiane chmury. Infradźwięki odległych gromów atakowały nie tylko lewą burtę, ale rozsieczone strachem serca młokosów i niedoświadczonych marynarzy. Pamiętające czasy szkorbutu szczerbate wilki morskie prawą ręką uczyniły modlitewny znak, jednocześnie sięgając po być może ostatnią w ich życiowym rejsie butelczynę rumu.

Usiedli czekając na czoło żywiołu.

Będzie, co ma być.

Pierwszy z ostatnich łyków z butelki gorącem roztopił ich gardła.

Nieopierzeni majtkowie biegali po całym pokładzie szukając bezpiecznych zakamarków. Kapitan spojrzał na nich z politowaniem. Na morzu zjadł nie tylko zęby. Morzu podarował w ofierze młodość, fortunę i rodzinę.

Wtem do koła sterowego podbiegł niekrzesany majtek. Syn zapomnianego barona.

– Kapitanie – wykrzyczał w rozpaczy – zginiemy marnie w tego żywiołu odmętach!

– Przywiąż się! – wykrzyczał przez wicher kapitan.

– Ale to nic nie da! – przerażony głos młodzika przebiła się przez fale deszczu. – Pochłonie nas kipiel! Zginiemy, kapitanie!

– Przywiąż się! – rozkaz kapitana ponownie przebił się przez ścianę lejącej się w góry wody. – Do lin!

– Zginiemy! – wrzasnął młokos, ignorują rozkaz. Jego łzy przerażenia spłukiwał szkwał morskiej wody i ulewy. – Czeka nas zagłada, sir!

Kapitan nie odpowiedział nic mocując się z kołem sterowym. Zaklął siarczyście, gdy trzeszczący trzpień steru zaśpiewał w agonii, grożąc wyłamaniem. Stęknął nadludzkim wysiłkiem, ale zdołał chwycić korbę kabestanu. Zamachnął się i zdzielił nią majtka w lewy bok.

– Auaaaa! – zawył uderzony, ocierając mokrą twarz. – Sir?

– Boli? – wrzasnął kapitan. – Znaczy, że żyjesz! Jak chcesz doczekać juta, wykonuj rozkazy!

Młokos, trzymając się za ramię zbiegł na główny pokład i owinął się sznurem wokół głównego masztu. Usiadł na stercie lin i modlitwami do swojego boga zaczął przekrzykiwać zawodzenie żywiołu. Huk nawałnicy gwarantował, że jego pacierze nie opuszczą pokładu, lecz zginą w odmętach szalejącego wichru.

Siedzący obok stary marynarz szturchnął młodzika i podał mu butelkę rumu. Na dnie zostało jeszcze dwa łyki bursztynowego trunku. Młodzieniec przyjął napitek, pociągnął i zakasłał. Zajzajer wycisnął na jego oczy łzy.

– Nie szarp się, młody – wrzasnął szczerbatym uśmiechem siedzący obok wyga morski. – Siedź. Już nic nie zda się zrobić. Czasami po prostu musimy poddać się łasce żywiołu i mieć nadzieję na jego łaskawość.

Poddać się łasce żywiołu.

Zaufać.

Zostawić i odpuścić.

Ale jak to? – pomyślał majtek. Przecież nie wolno tak. Zostawić? Poddać się? Nie rozumiał, co szczerbaty bosman do niego mówił.

Nagle, przez potoki lejącej się z nieba strumieni wody młokos dostrzegł stępkę i stojące puste, kręcące się, niczym szalone koło sterowe.

Zrozumiał.

Nie można wygrać z żywiołem.

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *