Uwielbiam pisać pomiędzy wierszami 😉
Pewnego razu do medytującego na szczycie świętej góry mędrca podszedł jego uczeń i strapiony odważył się zadać pytanie…
Nie. Wróć! Jeszcze raz.
To nie na dzisiejsze czasy.
Przeskoczmy kilkaset lat do przodu.
Przy skąpanym popołudniowym słońcem kawiarnianym stoliku siedział pewien uznany twórca i znawca ludzkiej duszy. Ten obrzucony dostojną siwizną jegomość, będący obrazem stereotypowego nauczyciela, na co dzień dzierżył brzemię profesora zwyczajnego na cenionym i obleganym przez spragnionych oświecenia młodych studentów uniwersytecie. Wolne do profesury dni ten starszy, pogodny mężczyzna lubił spędzać w samotności własnych myśli, oddając się obserwacji ludzi zmierzających z miejsca bez znaczenia do punktu bez sensu.
Chociaż dzień dogorywał, ciepło niosące zapach świeżo wykoszonej trawy w akademickim parku przyjemnie drażniło jego zmysły. Zza spokojnej o tej porze ulicy dobiegały ćwierkania drozdów. Profesor uśmiechnął się do siebie. Świat, skonstruowany z chaosu przypadkowości i skąpany w entropii wydawał się w tym momencie absolutnie doskonały.
Po obsypanych świeżymi liśćmi brzozach biegały wiewiórki, częstując oczy rudą, żywą cudownością.
Nagle, gdy kończył popijać kawę, nieśmiało zbliżył się i zagadał do niego jeden z jego uczniów.
Zgodnie z tym, czego uczył swoich podopiecznych, że najgorszą zbrodnią była ta, której ofiarą okazywał się zmarnowany czas, pilny, jak się okazało uczeń, przeszedł od razu do sedna.
– Profesorze – zaczął bez wstępów. – Słuchałem cię bardzo uważnie. Nie pojmuję, co mogło się stać? Wziąłem twoje nauki i poszedłem w świat, by zgodnie z tym, co zalecałeś, przeprowadzić eksperyment na ludziach. I tak zrobiłem. Byłem najlepszą wersją siebie, jaka mogłem być. I to nic nie dało. Ludzie nie reagowali, jak oczekiwałem.
– A kto ci dał gwarancję, że zareagują w taki sposób, jak ty będziesz oczekiwał? Byłeś najlepsza wersją siebie, mówisz? A czy uświadomiłeś już sobie, że może inni mogli wybrać drogę najgorszej wersji samego siebie i tą drogą kroczyć?
– Rozumiem, ale chciałem z całego serca, by każdy delektował się powszechną sprawiedliwością.
– Powiedz mi, mój zacny uczniu, skąd w tobie to założenie, że świat jest sprawiedliwy? Skąd pomysł, że sprawiedliwość jest światu potrzebna? Do tej pory nigdy nie była. Byłeś sprawiedliwy? Według czyich praw? Względem których norm? A czy wziąłeś pod uwagę to, że są ludzie, którzy odurzają się i karmią niesprawiedliwością? Którzy żyją z niej i czerpią z niej siłę?
– Na pewno tak – odpowiedział uczeń. – Jest mnóstwo ludzi karmiących się złem. Są wszędzie. Ale właśnie dlatego chciałem kosztem własnego dobra czynić to dobro dla wszystkich. Nawet kosztem siebie.
– A jakim to prawem postawiłeś siebie samego na samym końcu? Skąd pomysł, że musisz poświęcić siebie i postawić potrzeby innych ponad potrzeby własne? Rozumiem, że spotkałeś już ludzi, którzy chcą czynić dobrze wyłącznie dla siebie, kosztem dobra innych?
– Tak, niestety – odparł smutno uczeń. – Ja po prostu chciałem pokoju dla wszystkich. Nie chciałem konfrontacji, lecz spokoju. Nie chciałem walki, lecz dialogu. Zależało mi nie na agresji, a na uległości.
– A dlaczego odebrałeś sobie samemu prawa do walki o to, co słuszne? Skąd pomysł, że uległość jest antidotum na zło tego świata? A może jest odwrotnie? Dlaczego za wszelką cenę walczysz o pokój? Jak rozumiem, usłyszałeś już liczne głosy tych drugich, którzy chcą, by wszędzie była wojna? Tych, którzy na wojnie się karmią, pasą i pomnażają majątki?
– To mnie zasmuciło na bardzo długi czas, profesorze – odparł. – I tak bardzo chciałem szczęścia i zaspokojenia drugiego człowieka, że zacząłem je rozdawać wszystkim. Niechaj wszyscy będą szczęśliwi. Szczęście przecież sprawia, że człowiek jest w stanie błogości. Człowiek szczęśliwy nie chce walczyć.
– Ciekawe – odparł profesor. – Czy wiesz, że człowiek szczęśliwy nie jest kimś uległym? Nie jest niewolnikiem. I kto cię mianował do tej roli, by wszystkich uszczęśliwić? Wiesz, jak to zrobić? Skąd pomysł, że ludzie właśnie tego potrzebują? Szczęścia – znaczy. Czyż błogość wywodząca się ze szczęścia nie jest źródłem stagnacji? Znasz historię. Wszak postęp i wzrost wywodzi się z głodu i pragnienia, by do tego szczęścia dążyć. Czy nie pomyślałeś, że efektem drogi do zaspokojenia jest postęp i rozwój? Człowiek w stanie błogości nie pragnie niczego poza tym, by nic się nie zmieniało. Zastanawiałeś się nad tym? Dlaczego założyłeś, że to twoja rola, by im to mityczne szczęście zapewnić? Wszak sam poszukujesz tego szczęścia, prawda? Bo to, że poszukujesz, czyli, de facto, jesteś w drodze, w procesie, oznacza, że nie osiągnąłeś go jeszcze.
– W sumie tak – odparł speszony uczeń – ale gdybym potrafił im to dać, może udałoby im się dostąpić szybciej do zrozumienia, że szczęście to odpowiedź na najważniejsze pytania bytu…
– Czyżby? – znowu przerwał profesor. – Powiedz mi, uczniu, dlaczego odbierasz innym ich sprawczość? Rozumiem, że twoja misja nie powiodła się, prawda? Spotkałeś tych, którzy chcą szczęścia nie dla innych, i nie dla świata, a wyłącznie dla siebie, stawiając szczęście innych na szarym końcu, tak?
– Tak. I to mnie podkopało. Wierzyłem w ludzi i obdarzyłem ich zaufaniem. Bez wiary w ludzi nic nie ma sensu.
– A od kiedy wiara w innych ludzi jest źródłem sensu? To wiara w siebie powinna być jego źródłem. Teraz już wiesz, że wiara bywa zdradliwa, bo opiera się nie na faktach. Im więcej wiesz, tym mniej ufasz. Wiedza jest przeciwieństwem wiary. Ci, co wiedzą, nie potrzebują wiary. Bo często okazuje się, ze jest ona walutą naiwnych. Ale pewna wiara jest konieczna. Dlaczego tak łatwo rozcieńczasz i trwonisz ten bezcenny dar na wszystkich, kiedy powinieneś tak naprawdę obdarzyć nim tylko jednego człowieka?
– Kogo, profesorze? Czy może ciebie? – zapytał nieśmiało student.
– Absolutnie! Skąd? – zaprzeczył ostro profesor. – Siebie, rzecz jasna. Masz uwierzyć w siebie i nikogo innego.
– Rozumiem – uczeń zamyślił się. – To dlaczego im bardziej jestem dobry, tym ludzie wydają się bardziej źli?
– To właśnie dlatego, że stajesz się coraz lepszym człowiekiem. Nie przyszło ci to do głowy?
– Czy to oznacza, że inni również staną się lepsi?
– Nie. Absolutnie nie – odparł profesor i upił łyk kawy. – To oznacza, że bardziej będzie cię boleć widok czynionego przez nich zła.
– Czy oni się zmienią? Ludzie, znaczy?
– A czy na drzewie jabłoni zakwitnie kiedyś kwiat kaktusa?
– Czyli co? – uczeń w mig zrozumiał aluzję. – Nie będzie lepiej?
– A co dla ciebie znaczy „lepiej”? Jeżeli chodzi o mniejszą ilość zła, to niestety nie – odpowiedział spokojnie profesor i dopił resztki wybornej kawy. – Pamiętaj jednak, że relatywnie ci, którzy czynią zło innych ludziom, nie że są źli.
– Dlaczego?
– Bo wierzą, że czynią dobro sobie, Albo narodowi. Albo partii. Albo grupie wyznaniowej. Ludzie są skomplikowani. Z czasem zrozumiesz z tego więcej.
– Więcej? Nie rozumiem. Cóż takiego? – przejęty uczeń aż usiadł na pustym krześle.
– Zaczniesz dostrzegać znacznie więcej – powtórzył z naciskiem profesor. – Zaczniesz widzieć nie tylko zło, niesprawiedliwość, pychę czy zawiść. Zaczniesz dostrzegać gorsze rzeczy.
– Gorsze? – Młody człowiek nie mógł dojść do siebie. – Gorsze od zła? Od nieszczęść?
– Tak. Zaczniesz zauważać i odczuwać bezmiar ludzkiej głupoty. To najgorsze, co można dostrzec. Ale później, niestety, będziesz widzieć jeszcze więcej.
– Dlaczego głupota jest najgorsza?
– Bo to ona jest źródłem zawiści, pychy, wojen i smutku. Głupota i niezrozumienie są źródłem wszelkiego zła. Z tego rodzi się strach. Strach jest źródłem podziałów i podejrzliwości. Z tego rodzi się zaborczość, zawiść, chęć zemsty i wiele innych, paskudnych demonów. Ale gdy już zaczniesz dostrzegać ludzką głupotę, już nigdy nie przestaniesz jej widzieć.
– Skoro to takie złe, to co mam robić, żeby tego nie dostrzegać? Zamknąć oczy?
– Czyż człowiek, który raz ujrzy tęczę po szalejącej nawałnicy, kiedykolwiek zapomni jej blask? Gdy już raz ujrzysz światło, nie zapomnisz jego blasku. Ale na początek – profesor ugryzł ciasteczko maślane, leżące na brzegu spodka po kawie – bądź po prostu dobry. Czyń dobro. Produkuj je w ogromnych ilościach. Taśmowo. Masowo.
– Słucham? – ucznia zatkało.
– Dodatkowo – zamiast odpowiedzieć na pytanie, profesor postanowił kontynuować. – miej wiarę. Wiarę w ludzi. Oni mogą stać się lepsi. My możemy stać się lepsi. Możemy przekroczyć granicę własnej pychy i zrodzonej z urażonego ego zawiści oraz dążenia do zła.
– Ale…
– I do tego, koniecznie – nie dał sobie przerwać – bądź najlepszą wersją siebie. Taką, której powierzyłbyś najgłębsze sekrety bez strachu, że zostaną zdradzone.
– Nie rozumiem – uczeń zamyślił się głęboko – ale przecież…
– No i jeszcze coś – dokończył profesor, akcentując wypowiedź postawiona na spodku pustą filiżanką po kawie – bądź sprawiedliwy. Bądź sprawiedliwy dla siebie. Najpierw dla siebie. Później dla innych. A sprawiedliwość opieraj na tym, co widzisz. Na tym, że głupota nie zawsze jest świadoma. Bo z tego wyrasta prawda.
– Czyli co konkretnie? – uczeń zaczynał powoli pojmować.
– Ano to, iż ludzie robią głupoty, ale to nie oznacza, że są źli. Ani to, że ludzie, którzy wydają się dobrzy, zawsze kierują się dobrymi pobudkami. Pozory mylą.
– Ale przecież robiąc właśnie to, co zresztą już zacząłem czynić, jak mówiłem, doprowadzi mnie do tego, że zacznę zdawać sobie sprawę z tych złych rzeczy. Że zacznę widzieć zło, głupotę, zawiść. To straszne. Nie chcę tego widzieć. Po co mi to?
– Racja. Ale zadaj sobie pytanie, dlaczego warto? Dlaczego warto przejść przez piekło ludzkiej duszy, by zrozumieć jego mroczną naturę? Czy jest coś, co warte jest tego wyrzeczenia? Tej niewyobrażalnej ofiary?
– Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, profesorze – odparł zrezygnowany uczeń.
– Bo – mężczyzna wstał i odstawił krzesło pod stolik, dając znać, że rozmowa dobiega końca – za tym wszystkim jest coś znacznie ważniejszego. Za tym wszystkim jest schowany klucz do zrozumienia samego siebie. A dla tego warto przejść przez środek samego piekła.
– Czy muszę doświadczyć tego wszystkiego złego, by odkryć ten klucz do siebie? Przecież, gdybym go znał od razu nie musiałbym doświadczać zła, głupoty, zawiści, niesprawiedliwości.
Nauczyciel uśmiechnął się i położył dłoń na ramieniu ucznia.
– Uśmiejesz się, ale ten klucz zna każdy człowiek. Ale nikt go nie dostrzega. I dziś już wiem, że do poznania najprostszych prawd leżących przed oczami, konieczna jest najcięższa podróż przez cierpienie. Głupie? Może. Ale nie znam innej drogi.
– A jeżeli mi się nie uda? – zapytał strapiony student.
– Może tak się zdarzyć.
– Czyli może mi się nie udać? – zapytał zaskoczony.
– Oczywiście – odparł spokojnie profesor.
– Ale!… Jak? Czy to nie jest niesprawiedliwe?
– A skąd pomysł, że świat jest sprawiedliwy?
– Jak to? – zapytał lekko wzburzony uczeń. – przecież, gdy zrobię wszystko dobrze i nie popełnię żadnego błędu, powinienem wygrać i odnieść sukces. Prawda?
– Niestety, nie – odparł smutno nauczyciel i zatopił się na moment we wspomnieniach. Uczeń nie przerywał milczenia. Po chwili profesor dokończył myśl – To, że wszystko zrobisz dobrze, co jest raczej niemożliwe, nie gwarantuje sukcesu. No, może poza pseudonaukami domorosłych kołczów i nauczycieli duchowych, którzy nigdy nie czuli, co znaczy ludzki głód prawdy. Innymi słowy; gwarancja oświecenia i sukcesu nie istnieje. Jest tylko prawdopodobieństwo.
– Dlaczego?
– Bo można nie popełnić żadnego najmniejszego błędu i zrobić wszystko, jak należy, a mimo to wszystko przegrać.
– Dlaczego? – ponownie zapytał wzburzony student. – Przecież to bez sensu!
– Oczywiście, że bez sensu – odparł spokojnie nauczyciel – ale takie jest życie. Jest pełne znaczenia, ale próżno szukać w nim sensu w oparciu o karmione iluzją opinie osądy innych ludzi. Ale spokojnie. Odnajdziesz sens tylko wtedy, gdy to znaczenie, te zależność, zrozumiesz. Nie wcześniej.
– czy to trudna droga? – zapytał zrezygnowany młody człowiek.
– Nie ukrywam, że to żmudna droga – odparł zapytany – chociaż nie ukrywam, że bardziej fascynującej podróży nie można sobie wyobrazić.
– Naprawdę? – uczeń ożywił się na to zapewnienie. – Co zatem czynić, mistrzu, by tego uniknąć? Błędów. Potknięć. Złych ścieżek. Tego trudu, znoju, piekła? Czy mam stać się zaradnym kłamcą, hipokrytą, zdrajcą, oszustem? Czy mam usprawiedliwiać własne niegodziwości, odrzucać odpowiedzialność, zamykać się na dobro, tolerować i układać się ze złem?
– Nie – doradził z pewnością siebie profesor. – Czyń dobro, mów prawdę, dotrzymuj słowa, bądź oparciem, miej ufność, miej wiarę.
– Ale czy to nie uczyni ze mnie największego głupca i hipokryty na świecie? Po tym, co już wiem?
– Skądże? Lepiej uświadomić sobie, że jest się największym głupcem wśród arogantów, niż uznać siebie za najmądrzejszego wśród żyjących.
– Dlaczego?
– Bo istnieje szansa, że nawet największy głupiec zawsze może nabrać rozumu i zmądrzeć, a jest praktycznie pewne, że największy mędrzec niczego już się w życiu nie nauczy.
– Czyli co to oznacza w praktyce? Poza akademickim rozważaniem? – zapytał uczeń, chociaż już przeczuwał, co jego profesor odpowie.
– To oznacza, że to ci, którzy uważają się za najmądrzejszych, są źródłem całej głupoty tego świata.
Uczeń zamilkł zamyślony. Po chwili profesor dopowiedział jedną ze strof nigdy niewyśpiewanej piosenki:
nieświadomy widocznie swojej ułomności
często to powtarzam
tępy nie znaczy głupi.
a bystry nie gwarantuje,
że pożarł wszelakie mądrości
Add a Comment