Barometr życia

Tym razem może być pozornie mrocznie, ale tylko pozornie. I tym razem (żarcik) piszę specjalnie zawile. Ty zrozumiesz. Inni pominą.

Piszę zawile, ponieważ trochę jest o mnie. Więc muszę zagmatwać, co nie?

Raz na jakiś czas przeprowadzam pewien mroczny rytuał. Życiową auto rozmowę ewaluacyjną. Rozmowę, której wynikiem jest decyzja. Decyzja, czy daję sobie życiową podwyżkę, czy też udaję się do kadr po ostatnie uposażenie.

Wbrew pozorom to czysta kwintesencja życia. Przynajmniej w tej powłoce. I jak to w Excelu bywa – nie ma tutaj miejsca na sentymenty, emocje i oczekiwania.

Biznes musi się dopinać. Ten życiowy również.

Dlatego właśnie skrupulatnie analizuję życiowe tabelki i wcieleniowe zyski. Zliczam i prognozuję bilanse.

Ale dość o tej nudnej eschatologii 😉

 

Do tej pory każda z moich rozmów kończyła się awansem. Dowodem tego jest fakt, że piszę. Chociaż do tej pory jadę na kredycie zaufania. Kredycie zaufania do samego siebie.

Tanie odsetki, więc korzystam, a co?

Ale to działa. Dowodem jest to, że oddycham. Spokojnie – nic depresyjnego. To czysta egzystencjalna matematyka istnienia.

Po lewej stronie równania jest bilans wieczoru, po prawej (nie zawsze za znakiem równości) brzask poranka i świadomy pierwszy wdech.

Ci, co mnie znają, wiedzą, że pragmatycznie podchodzę do życia (wybacz tę prywatę o sobie, ale jest w tym metoda).

Marnowanie tlenu na nieproduktywne trwanie jest bezsensowne.

 

I tutaj chcę zadać Ci pytanie, które zwiąże Cię z moją tezą.

Czy w Twoim życiu zdarzyły się takie momenty, które zmieniły wszystko?

To nie jest, wbrew pozorom, banalne pytanie.

 

Wiesz, co mam na myśli, pisząc „WSZYSTKO”?

 

Czasem wystarczy dzień.

Czasem godzina.

Czasem jedno spojrzenie oczu.

Czasem jeden uśmiech.

Czasem o jeden za mocny siarczysty policzek.

Czasem ostatnie słowo zatrute pogardą.

 

Takie momenty są napędzane siłą, której jeszcze nie do końca rozumiem. Ale zaczynam czuć jej zakres i respekt do niej. Siła ta jednym ruchem ramienia przestawia zwrotnicę życia. I w cholerę nie mamy na to wpływu. Dzieje się to ponad nami. Bez względu na to ,co mówią samozwańczy nauczyciele życia, paradujący po czerwonych dywanach w podartych gaciach.

Studiuję tę moc od wielu lat, wierz mi. Działa ona specyficznie w środowisku naturalnym, ale całkiem inaczej w środowisku ludzkim, ponieważ napędza je dodatkowo oczekiwanie i ludzka intencja. A ta ma wpływ na rezultat.

Mam mnóstwo przemyśleń i wniosków, które dyplomatycznie pominę.

Ale ta napędzana mocą fatum siła działa. Chyba każdy, kto trochę przeżył wie, że ona istnieje. Pod wpływem często pozornych wydarzeń posyła nasze życie nas na zupełnie inne tory. Najczęściej sami nie zdajemy sobie z tego sprawy, ponieważ to nie my kierujemy lokomotywą, która ciągnie ten nasz cały skład. Nie sprawdzamy biletów pasażerów, weryfikując, czy aby ktoś nie podróżuje z nami na gapę. Nie sprawdzamy stanu technicznego pojazdu. Ilości paliwa w baku. Nie patrzymy na ostrzegawcze światła na trasie.

Wolimy często delektować się rozcieńczonym tanim winem w wagonie restauracyjnym.

 

Wielu do tego wagonu ucieka, by się w kieliszku skryć.

Wielu ucieka, by w kieliszku się odnaleźć.

 

Każdy ma prawo do bycia najsmutniejszym błaznem przed obliczem zabawnego władcy.

Ale sprowadzę Cię na właściwe „tory” mojej tezy. Nie piszę tego ot tak.

Moment, który przestawia zwrotnicę życia jest czymś, co jest nieodwracalne. To moment, który w kulturze japońskiej jest nazywany satori. W naszej kulturze bywa nazywany „oświeceniem” (dawniej „olśnieniem”), chociaż oryginalne znaczenie tego słowa uległo zatarciu.

To moment, który pali mosty. Nie ma powrotu do tego, co było wcześniej.

To chwila, gdy ktoś dostaje „tę” diagnozę.

To moment, gdy ktoś dowiaduje się o zdradzie.

To pierwszy kontakt z własnym, dopiero co narodzonym dzieckiem.

To ułamek sekundy przed roztrzaskaniem się o drzewo.

To sekunda, gdy następuje przebudzenie.

Wtedy poznajemy wartość tego, co bezcenne, a przed oczami innych położone, nigdy nie zostaje przez nich zauważone.

 

To podobno pierwsze zakochanie. To z przedszkola też się liczy 😉

To pierwszy pocałunek.

To pierwszy kac pędzony apokaliptycznym bólem głowy, womitami i sraczką.

To pierwsze rozstanie.

Pierwszy strach o drugiego człowieka.

Pierwsza praca…

i pierwsze z tej pracy odejście.

To pierwsze rozpoznanie tej istoty, z którą umówiło się na tę konkretną „wędrówkę” na tej kadencji winylowej, skrzeczącej rzeczywistości.

Ale tak przyziemnie, może to być pierwszy spektakularny sukces, który gromadzi wokół wianuszek „przyjaciół”.

I pierwsza druzgocąca porażka, która tę przyjaźń weryfikuje.

To może być pojawienie się tęsknoty za drugim człowiekiem, ale także uświadomienie sobie pragnienia samotności.

Takich momentów może być wiele. Nie ma sensu wszystkich wymieniać. Nie zdołałbym i mi się nie chce. Zawsze piszę do inteligentnego Ciebie, więc nie muszę wykładać tej doktryny łopatologicznie. Ty to zrozumiesz.

Wędrówka jest koniecznością wymuszoną zapierniczającą, jak szalona wskazówką zegara życia.

I przed wieloma rozstajami przychodzi nam na tej drodze stawać.

(ale, cholera, filozoficznie to zabrzmiało).

 

Dawno temu przeczytałem książkę, która odmieniła moje życie.

Tak. Wiem.

Banał.

W sumie to takich książek przeczytałem wiele. Ty na pewno też. Ale to nie kącik recenzji, więc nie o tym.

Ta konkretna pozycja, bardzo krótka i niezwykle skondensowana, uświadomiła mnie w prawdziwym znaczeniu każdego oddechu. W sensie, który kryje się pod spodem każdego skończonego dnia. Wiem, że może to brzmi bez sensu, lub jakoś tak… patetycznie. Ale jak pisać normalnie o sprawach ostatecznych? No, może nie ostatecznych, ale ważnych?

Więc…

Książka, o której wspominam nauczyła mnie zadawać samemu sobie pewne pytanie. Pytanie potężne w swym znaczeniu, ale banalne w brzmieniu. Pytanie o sens życia. Jednak nie bezpośrednio, rzecz jasna. Ale zdecydowanie perfidnie i precyzyjnie lufą prosto między oczy.

Pragmatyczna natura ludzka, napędzana ewolucyjnym mechanizmem, wymusza zachowanie zgodne z zaszytym w naszym zwierzęcym i społecznym DNA zachowaniem. I najbardziej przerażające, ale jednocześnie sprawiedliwe jest to, że jest to prymat działający zupełnie poza naszym świadomym obszarem. Pewne rzeczy dzieją się poza nami. Poza naszym obszarem decyzji. Poza naszym zrozumieniem. Dążenie do wygody jest zgubą kreatywnej i smacznej strony życia.

 

Trzeba rozumem objąć to, że nie wszystko jest możliwe do ogarnięcia rozumem.

 

Ale fakt, że się to wie, jeszcze o niczym nie świadczy.

Wiedza nie oznacza zrozumienia.

I trzeba się z tym pogodzić.

 

Fakt, o którym wspominam, pojmie tylko ten, kto uświadomi sobie, że pewna idea, którą wpychają mu w gardziel kołcze, nauczyciele, mentorzy i inni domorośli „zmieniacze życia”, jest kłamstwem. Perfidnym łgarstwem.

Tym kłamstwem jest to, że każdy zawsze jest kowalem swojego losu.

I tak, i nie.

Przecież oczywiste jest to, że to zależy od tego, kto jest właścicielem kuźni.

 

Imposybilizm, czyli tak popularny u dekadenckich melancholików nurt mentalno-filozoficzny mówiący o tym, że wszystko jest już zapisane w księdze przeznaczenia, a my nie mamy na nic wpływu, jest drogą na manowce.

 

Pytanie, które zadaję sobie co jakiś czas, jest sprawdzianem. Sprawdzianem, podczas którego na stole egzaminacyjnym są położone pytania o sens, znaczenie i powód obudzenia się każdego kolejnego ranka. Do kolejnego egzaminu. W najgłębszym tego słowa znaczeniu.

Znałem paru ludzi, którzy żyli, ale dawno temu oblali ten egzamin.

Nie potrafili odpowiedzieć.

A komisja jest surowa i nie lituje się nad żadnym leserem.

 

Tak piszę i piszę… ale ostatecznie zadaj sobie pytanie, czy powinno się co jakiś czas sprawdzać, czy warto? Czy „warto” sprawdzić czy się „śpi”, czy po prostu jest się wiecznym lunatykiem błądzącym nieświadomie w ciemnościach?

 

Budzik, pobudka, śniadanie, praca, przerwa, nerwy, kłopoty, cele, ASAPy, bilanse, targety, korki, zakupy, rachunki, zobowiązania, kłótnie, nerwy, harmider, brak czasu, ból pleców, nocny kaszel…

A do kompletu fałszywi „przyjaciele”, niepotrzebne znajomości, toksyczne związki.

Role do odegrania. Zobowiązania do wywiązania. Rewizyty do udekorowania. Fortele do zaplanowania.

Sztuczne uśmiechy do uśmiechania.

Wyreżyserowane uściski dłoni.

Maski z namalowanymi uśmiechami.

Egzystencja wyłącznie po to, by spłacić ujemne saldo.

A życie?

Życie…

 

A może znasz odpowiedź na to pytanie?

Po co?

Po co?

Po co budzisz się każdego ranka?

By żyć?

Czy tylko przetrwać?

 

Czasem, gdy zastanawiam się nad odpowiedzią, zadaję sobie to pytanie z książki.

Ono wszystko rozjaśnia.

Bo wiesz, że czasem, by uzyskać właściwą odpowiedź, wystarczy zadać odpowiednie pytanie.

Treści TEGO pytania z TEJ książki niestety na tacy podać nie mogę 😉

To pytanie musisz samodzielnie odkryć.

Bo odpowiedź jest warta zadania tego pytania.

 

W zamian za moje milczenie życzę Ci wspaniałego weekendu.

 

 

 

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *