Cień wiatru – Carlos Ruiz Zafón

Tym razem będzie lekko i przyjemnie, obiecuję 😉

Dla odmiany postanowiłem podzielić się recenzją jednej z przeczytanych przeze mnie książek. Książki zdecydowanie wartej poznania. W sumie nie pamiętam, czy tę recenzję zamieszczałem. Chyba dałem ją komuś do przeczytania, tak mi coś świta.

Przejdźmy więc do meritum. Uprzedzam, że recenzja jest totalnie subiektywna.

„Cień wiatru” to bezsprzecznie bestseller. Przetłumaczona na 45 języków jest dowodem na jej absolutną wyjątkowość, albo na wybitną pracę specjalistów od PR. Powieść Carlosa Ruiz Zafona z jednej strony wiele obiecuje, a z drugiej strony daje wiele, ale z zupełnie innych powodów, niż można na początku zakładać.

Na początek słów kilka o tym, jak jest napisana. Przede wszystkim specyficzny język, składnia, technika budowania zdań jest tym, co tę książkę wyróżnia. Autor stosuje często niezwykle poetyckie metafory wplecione w przyziemną rzeczywistość brudnej i mrocznej Barcelony początku XX wieku. Sformułowania te pomagają nadać tej przyciężkiej rzeczywistości kolorytu i oddechu. Na przykład takie:

„Pokój tonął w bieli, wśród płócien i zasłonek utkanych z mgiełki i słońca.”

„Śmierdziało w nim czarnym tytoniem, zimnem i nieobecnością.”

Takie zdania i metafory są na porządku dziennym. Wielopoziomowe gramatyczne konstrukcje, składające się z dziesiątków wyrazów i całych szeregów przecinków są tutaj normą. Z tego powodu, muszę to przyznać, często lektura okazywała się wymagająca. Męczyła (wiem, wiem ;)). Dla kogoś, kto karmi oczy i wyobraźnię produktami dzisiejszego świata. Z drugiej strony te zawiłe i wielopoziomowe metafory, rodem z tomików poezji, powodowały, że autor zbudował teatralną scenografię całej historii. A zadbał o to wręcz perfekcyjnie. Barcelona opisana jest w niemalże kartograficzny sposób. Nazwy ulic, miejsc, placów, skwerów pokazują, że autor albo pisał pamiętniki, żyjąc w tamtej epoce, albo przeprowadził imponujące rozeznanie. To, jak opisana jest Barcelona zasługuje na wyróżnienie. Jednak należą się tutaj słowa wyjaśnienia. Opisy są stosowane wyłącznie, jako tło, cement, spoiwo i lepiszcze całej historii. Jako pajęczynowa sieć, na której oparta jest wędrówka bohaterów i ich wysublimowanej historii. Ale nie bierze udziału w samej fabule. Tak, jak rama pięknego obrazu, stanowi jedynie doskonały uchwyt do ukazania obrazu tamtejszej Barcelony i wydarzeń, których była świadkiem.

Sam język powieści jest niezwykle wyrafinowany. Pachnący jeszcze resztkami dogorywającej epoki, mającej swój początek w kwiecistym stylu epoki wiktoriańskiej. Tutaj przeintelektualizowane wypowiedzi, koncepcje i przemyślenia głównych bohaterów stanowią silny kontrast do teraźniejszości. I to źle i dobrze zarazem, ponieważ z jednej strony wspaniale jest przenieść się do innej epoki, a z drugiej strony te dialogi trącą dzisiaj myszką. Ale to dobrze. Dlaczego? Ponieważ osadzone są w adekwatnej (tak mi się wydaje) epoce. Nie wiem, czy to dodaje realizmu, ale zdecydowanie dodaje klimatu. I stanowi autentyczną przyjemność z każdym skonsumowanym słowem. Bohaterowie są dzięki temu niezmiernie autentyczni. Carlos potrafi nadać ożywić postaci w dosłownie jednym akapicie.

Całość, pomimo że to pół tysiąca stron małą czcionką, wydaje się być potężnie skompilowaną opowieścią. Czasem w kilku zdaniach zawarte są treści, które Mickiewicz opisałby na czterech stronach, Tolkien w dwóch rozdziałach, a Holywoodzcy twórcy zrobili by z tego trzy odrębne filmy. To jest właśnie ta dziwna  konstrukcja tej powieści. Z jednej strony wszystko jest skondensowane. Czasem aż za bardzo, co nie pozwala na wytworzenie w sobie pewnej asocjacji z bohaterami lub ich losami, a z drogiej strony autor wydaje się tworzyć całość tak, jakby zupełnie nie zależało mu na tym, co czytelnik sobie pomyśli. Jakby jedynym, co się liczyło był historia. I to historia zdaje się tworzyć rozległe opisy. Tutaj właśnie autor ma szansę popisać się swoim wyjątkowym warsztatem pisarskim. A tego najlepiej samemu doświadczyć.

Powieść ta dała mi wiele ciekawych przemyśleń. Z jednej strony stanowiła doskonałe ćwiczenie koncentracji, skupienia i konieczności śledzenia wielu wątków, a z drugiej strony częstowała archaicznym stylem, trudnym językiem i wyrafinowaną, czasem ponad miarę, manierą.

Czytałem kiedyś arcymistrzowskie dzieło, które zaliczam do absolutnie wybitnych w sferze artystycznej prozy. No co? O gustach się nie dyskutuje. Dość leciwa historia pióra Aleksandra Grina. To właśnie „Biegnąca po falach” stanowi dla mnie od wielu lat drogowskaz doskonałości posługiwania się słowem. Oczywiście to tylko moja opinia i nic więcej. Jednakże wspominam o tym nie bez przyczyny. Powieść Carlosa przypomniała mi trochę „Biegnącą po falach” właśnie. A już samo to sprawia, że nigdy jej nie zapomnę. Nigdy.

Chociaż sama książka w wielu momentach bardzo się stara, by właśnie do niepamięci przeniknąć.

Zachęcam Cię do podróży po tej pasjonującej krainie Barcelony początku XX wieku.

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *