Czworonożne przeznaczenie

– Maksiu! Maksiu! – wołam dokładnie tak samo, jak każdego poranka od sześciu lat. – Gdzież się podział ten pies?

W całkowitej ciszy słyszę dobiegający z kuchni stukot pazurów, rysujących po wykładzinie.

Zza futryny wygląda zziajany pysk mojego zwierzęcego dziecka.

– Tu jesteś. – Czochram go w plecy, pomijając łeb. – Mój piesek. Mój kochany Maksiu, gdzieś się podziewał, co?

Mój pieszczotliwy i teatralnie modulowany głos musi brzmieć śmiesznie i żałośnie. Ale nie przejmuję się tym, ponieważ i tak od pięciu lat nie ma w moim życiu nikogo, przed kim mogłabym się ośmieszyć. Mam tylko Maksia.

– Mój kochany psiaku, nu-nu… – Robię dziubek, chociaż w moim wieku wargi nie chcą się już tak wykrzywiać. – Pora na spacer, prawda? No, nie rób takiej miny.

Mój wierny towarzysz i przyjaciel patrzy na mnie, jak na najcudowniejsze zjawisko. Obdarza mnie takim spojrzeniem każdego ranka, gdy merda ogonem na myśl o spacerze.

Sięgam po smycz, wiszącą na wieszaku, wysoko. To jeszcze łatwe zadanie, ale wzucie butów, to co innego. Ból kręgosłupa przy schylaniu jest coraz bardziej dotkliwy. Ale pan doktor dał nowe maści. Podobno mogą pomóc. Gdyby tylko ktoś mógł je wetrzeć w miejsce, do którego nie mam dostępu. Ale na szczęście i na to znalazłam sposób. Jako emerytowana inżynier, wiem co trzeba zrobić, żeby rozwiązać problem. Rozwiązywałam problemy jeszcze w hucie imienia Stalina. Dostałam nawet order od towarzysza Bieruta. Ale to było dawno.

Co robię? Biorę maść na dłoń i rozsmarowuję na futrynie drzwi od łazienki. Na wysokości lędźwi. Później odwracam się tyłem i opieram, masując dotknięte bólem okolice. Tak, masuję się futryną drzwi. Bo nie mam nikogo, kto mógłby to zrobić. Później muszę ją wytrzeć ścierką. Ale to skuteczne rozwiązanie. Tym większa szkoda, że maść nie do końca uśmierza ból pleców.

Podchodzę do szafki z butami i siadam na niej ciężko. Naprzeciwko powiesiłam na gwoździu zdjęcie mojego Staszka, przepasane czarną wstążką.

Gdy żył i mógł jeszcze pomóc, masował mnie. Ale wtedy było lepiej. Wtedy modliłam się każdego ranka o to, żeby choć trochę mnie bolało. Wtedy bez wyrzutów sumienia prosiłam go o odrobinę ulgi. A on mnie masował. Jego twarde, spracowane dłonie dotykały z taką miłością.

Sięgając po lewy chodak, przypominam sobie, jak bardzo kochałam męża.

Ale umarł.

Pięć lat temu.

Na raka.

Widzę, jak Maksiu drapie w drzwi. Przez te kilka lat zdrapał już ich spory kawałek. Pewnie dlatego, że nie potrafię tak szybko, jak dawniej, wstać i się przyszykować do wyjścia. Ale w końcu zakładam drugiego buta i wstaję. Z kłującym bólem, moim wiernym towarzyszem.

Pora wyjść. Jeszcze parasol, płaszcz.

– Co bierzemy Maksiu? – pytam go o to codziennie. – Nie zapomnieliśmy o czymś?

Odwraca łeb i patrzy na mnie, jakby mówił: codziennie mnie o to pytasz, moja pani. Jeszcze nie wiesz? Czyżbyś już tak zniedołężniała, że trzeba ci to każdego dnia przypominać?

– Tak – odpowiadam za niego. – Karma dla gołębi. Mam przeczucie, że dzisiaj przyleci Czesław. Tydzień temu potargał się z Pankracym. Pamiętasz? – Widzę, że pamięta. – Może zdążyli się już pogodzić? Wezmę więcej karmy.

Chwytam worek z żarciem dla ptaków i otwieram trzy zamki drzwi wejściowych.

– Chodź piesku. – Ciągnę lekko za smycz, chociaż to nie jest konieczne, bo to mój przyjaciel zawsze prowadzi.

Przede mną kolejna przeszkoda. Małżonek dostał mieszkanie z przydziału. Na czwartym piętrze. Bez windy. Czeka mnie długie zejście. O powrocie wolę na razie nie myśleć.

Ale nie mogę przecież zostać w domu. Kto nakarmi gołębie? Kto porozmawia z Polikarpem o siwych lotkach? Kto pocieszy Gertrudę, do której zalecał się Konstanty? Do kogo, poza nimi, mogę się odezwać?

Choćby w myślach.

Maksiu to co innego. To moja rodzina. My rozumiemy się bez słów.

Mijam trzecie piętro. Opustoszałe. W moim miasteczku wszyscy młodzi wyjechali za pracą. Mieszkania stoją puste, bo nie ma ich kto wynajmować. Na moim piętrze niestety mam spokój, bo nikt poza mną i Maksiem na nim nie mieszka. Nawet dzień dobry nie ma komu powiedzieć.

Smycz znowu zaplątała się o balustradę. Szarpię tak, by nie zrobić krzywdy mojemu adoptowanemu. Jeszcze trzy pietra i krótka droga do parku.

Maksiu jest bardzo dziarski. Podziwiam jego wigor i siłę. I zazdroszczę, jeżeli mam być szczera. Moje plecy i kolana już nie te, co kiedyś. Nie mogę biegać. A i oszczędzać się trzeba, bo sprawunki i sprawy urzędowe też wymagają sporo wysiłku. A ile to człowiek musi się wystać w poczekalniach u lekarzy? Ho-ho. Długo.

Mój nieodżałowany świętej pamięci małżonek dowiedział się o diagnozie dwa lata przed pójściem do Pana. Po roku leczenia i trzech zestawach chemii któregoś dnia przyszedł do domu. Pamiętam, że lepiłam kluski śląskie, które tak bardzo lubił od czasu, gdy zaczęła uwierać go proteza. Podszedł do mnie, umączonej, od tyłu i pocałował w szyję. Tak jak lubię.

A chwilę później wyciągnął zza pazuchy szczeniaka.

Zaskoczył mnie tak, że sturlałam wałek ze stołu.

– Będzie ci towarzyszył, gdy mnie zabraknie, Lucynko.

A ja się wtedy rozpłakałam. Ciasto z mąki mi się zrobiło pod oczami. Słone. Takie na słone paluszki.

Nie odpowiedziałam nic. A powinnam była. Milczałam, a mogłam zaprzeczyć. Że wszystko będzie dobrze, że plecie bzdury. Ale nie powiedziałam nic. Dzień wcześniej przyszła nowa diagnoza.

Pół roku.

Maksiu zamieszkał z nami. Stał się członkiem naszej rodziny. Polubiły go nawet wnuki, odwiedzające nas raz na rok, czy dwa, gdy na chwilę zjeżdżały z Anglii, do której nasz syn wyjechał za chlebem.

Dochodzimy na parter. Dzięki Bogu. Zziajałam się niemiłosiernie. Ale Maks ciągnie smycz, to trzeba iść.

Wczoraj padało. Dziś jest ciepło i lekko wietrznie. Maksiu wpada od razu w wielką kałużę – pamiątkę po wczorajszej aurze. Cieszę się na wysiłek mycia jego łap po spacerze. Mam się kim opiekować. Życie nie jest jeszcze tak do końca bezcelowe. Mój małżonek, świeć Panie nad jego duszą, mawiał, że dotąd człowiek potrzebny, dokąd ma się o kogo troszczyć.

Świętą prawdę powiedział mi mąż.

Opiekuję się Maksiem. Ale on też opiekuje się mną. Wnosi trochę radości do mojego pustego świata. Świata przepełnionego ludźmi, w którym próżno szukać drugiego człowieka.

Nasza ławka jest w samym centrum parku, pod wielką wierzbą płaczącą. Gdy pada, po jej witkach spływają strumyki wody. Ale parasol pomaga. Tylko że w deszcz gołębie nie chcą przylatywać. Na szczęście po drugiej stronie chodnika, na stawie, pływają kaczki. One się deszczu nie lękają. A i dzięki nim czuję się potrzebna. Troszczę się również o nie.

Podchodzę do ławki i siadam wygodnie na obdrapanych deskach.

– Maksiu – odzywam się do mojego życiowego towarzysza. – Chcesz pobiegać?

Merda ogonem. Podchodzi i kładzie swój pysk na moich kolanach. Zakładam mu kaganiec. Taki, który nie może go skrzywdzić. I taki, z którym poradzą sobie moje poskręcane palce. No, gotowe. Odpinam smycz. Maksiu biegnie w pełni szczęścia w stronę stawu. Wiem, że najpierw pójdzie w to samo odwiedzane co rano miejsce. Tuż za szczeciny tataraku. Kuca i zgięty w pół patrzy na mnie zapeszony.

Ulżył sobie, to teraz może się bawić. Z radością w sercu patrzę, jak rozpoczyna galop i skacząc, poluje na ważki i motyle. Nawet tutaj słyszę, jak ziaje ze szczęścia.

Jest siódma trzydzieści. Za chwilę muszę go zawołać, bo chodnikiem zaczną spacerować ludzie. Część z nich kojarzę z widzenia. Starszy pan emeryt z wędką. Biegacze. Rowerzyści i uczniowie, którzy spieszą na lekcję do pobliskiego technikum. Jeden z uczniów bardzo przypomina mi syna, gdy był mały. Tak bardzo, że zawsze wtedy o nim myślę. I wspominam.

Jego ojciec był surowy, ale kochający. Bartek nie do końca aprobował jego metody wychowawcze. A przecież chcieliśmy go wychować tak dobrze, jak tylko byliśmy w stanie. Sobie od ust odejmowaliśmy, by dziecku podarować. Daliśmy wykształcenie, ubranie i wsparcie. I kochaliśmy. Twardą miłością. Nie rozumianą przez niego.

Syn wyszedł na ludzi, ale została w nim złość i zadra. Od śmierci ojca odwiedził mnie ledwie dwa razy. Na krótko. Pierwszy raz, bo wypadało, żeby przyjechać. Presja rodziny. A drugi raz, bo wnuki nie chciały zapomnieć babci.

Na pogrzebie ojca się nie pojawił. Podobno był na delegacji w Chinach. No cóż… Staszek, mój nieodżałowany małżonek, nie żył i tak. Co za różnica, kto garść gliniastego prochu na wieko trumny rzuci? Kto przyszedł na ostatnie pożegnanie? Ale mnie byłoby miło. I nie czułabym się tak samotna wtedy.

Przyleciał Czesław. Zafurkotał skrzydłami i zaintonował gulgoczący, gardłowy zaśpiew. Po chwili dołączyły dwa kolejne ptaki. Ucieszona, sięgam do torby i rzucam im powitalną garść ziaren.

– Ależ byłeś głodny, Czesławie – rzucam dawno niewidzianemu kompanowi. – Gdzieś ty się podziewał, co? Wychudłeś no i ewidentnie głodnyś za dwóch. – Czesław trzepocze skrzydłami i widzę, że przyspieszył zbieranie pokarmu. – Spokojnie, nie udław się. I zostaw coś dla Emilki. – Wskazuję na mieniącą się na szyi granatem samicę, próbującą dobrać się do frykasów.

Po chwili kolejna garść karmy ląduje na chodniku. Nasionka i inne smakołyki znikają szybko. Pierwszy nasyca się Czesław, zaborczy, jak zwykle. Grucha w podziękowaniu i odlatuje.

– Ech, ci mężczyźni – szepczę i kręcę głową. – Byle mieć pełny brzuch i do roboty.

Widząc, jak zmierzają w moim kierunku ludzie, przypominam sobie, że mój przyjaciel wciąż goni ważki.

– Maksiu! – wołam. – Wracaj do mnie.

Po chwili słyszę trucht mokrych psich łap.

Spłoszone jego przybyciem gołębie odfruwają na gałęzie wierzby, licząc jeszcze na dalszy poczęstunek.

– Zaraz, zaraz – uspokajam ich. – Już daję resztę, tylko przywiążę Maksia. A ty, Elwira, nie bój się tak – odzywam się do gołębicy, która pojawiła się w naszej gromadzie niedawno, bo przed dwoma tygodniami zaledwie. – Znasz przecież Maksia. On krzywdy ci nie uczyni. Będzie pilnował, czy nie nadchodzi jakiś kot.

Nadbiegają pierwsi ludzie. Kilku z nich rzuca zdawkowe „dzień dobry”. Ale ja, stara i samotna, każde „dzień dobry” witam, niczym niedzielny poranek.

Pora zaraz wstawać. Po drodze zrobię sprawunki. Jakąś bułkę, może chlebka pół, paprykarz. Mleko. Namoczę z chlebem i zjemy. No i smakołyki dla Maksia. On musi być mocny i zdrowo jeść. Opiekuje się mną. I do nasiennego po parę garści karmy dla skrzydlatych przyjaciół. Jutro może pojawi się Gertruda? Wezmę też szczyptę orzechów. Ona je lubi.

Minuty płyną w milczeniu. Im człowiek starszy, tym mniej chce mu się odzywać bez powodu.

– Patrz Maksiu – zwracam się do mojego towarzysza, głaszcząc jego kark. – Gołębie zjadły i już ich nie ma. Ale do jutra na pewno zgłodnieją.

Słyszę, jak ziaje po biegu i szaleństwie w mokrej trawie w oczeretach. Wciągam powietrze.

– Aleś ty umorusany. – Czuję intensywny zapach zmęczonego i spoconego psa. – Będę musiała cię dzisiaj wykąpać. Ale wiem, że to lubisz.

Maksiu patrzy na mnie, i robi minę, jakby miał zupełnie inne zdanie.

– Nie kłóć się ze mną – odpowiadam zadziornie. – Ja wiem, co dla ciebie dobre. Musisz być czysty, bo jesteś najpiękniejszym psem na świecie.

Szczeka radośnie. Krótko. Trzy razy. Merdający ogon rozcina powietrze.

Po chwili przestaje, stroszy uszy i odwraca głowę. Zaczyna lekko warczeć.

– No popatrz tylko – pokazuję pokrzywionym palcem na lewo. – Nadjeżdża ten niegrzeczny chłopiec, co cię tak nie lubi. Uważaj Maksiu na niego, bo on jeździ, jak szalony.

Faktycznie, widzę teraz, że bardzo szybko nadjeżdża. Pędzi na tym rowerze niemal slalomem, co i rusz wyjeżdżając poza ścieżkę rowerową. Niektórzy piesi uskakują na błotnistą po wczorajszym deszczu trawę. Zbliża się i od razu nas rozpoznaje.

Maksiu kuli się w sobie i kładzie uszy.

Chłopiec nagle, bez ostrzeżenia, podjeżdża do nas blisko, zbyt blisko i w wielkim rozpędzie wystawia w naszą stronę ciężki but.

Maksiem targa uderzenie. Jego impet rzuca moim przyjacielem we mnie, aż spadam z ławki. Zaczynam krzyczeć. Ale krzyk trwa krótko. Wiele w życiu przeszłam i bólu się nie boję. Chłopiec, przestraszony tym, co zrobił, odjeżdża w pędzie. Po chwili już go nie ma.

Klękam przy Maksiu.

– Piesku…? – pytam przerażona. – Piesku, co z tobą? Maksiu wstawaj…!

Maksiu oddycha, ale leży w dziwnej pozie. Głowę ma przekrzywioną. Podbiegają do nas ludzie i rzucają jakieś nieistotne pytania.

Mój Maksiu się nie rusza. Ale przecież widzę, że żyje.

– Wszystko będzie dobrze, kochany – pocieszam go, chociaż przeczuwam najgorsze.

To tak, jak z tą diagnozą Staszka. Czuję, że tym razem jest podobnie.

Mój cały świat zaczyna się walić. Cegła po cegle. Taras po tarasie.

Bo jedyny mój powód do szczęścia leży u moich stóp. I wiem, że nie czuje mokrej trawy chłodzącej jego zgrzany bok.

Nie pamiętam, kto wiezie nas do weterynarza. Trzymam przyjaciela na kolanach. Kierująca kobieta nie mówi dużo. Ale płacze. Mężczyzna siedzący na siedzeniu pasażera klnie na bezdusznych, bezlitosnych wyrostków.

Dowożą mnie na miejsce. Obcy ludzie, ale bardziej czuli, niż moje własne dziecko.

Proszę ich, by jechali dalej, chociaż kobieta chce zaczekać, aby mnie i Maksia odwieźć do domu.

Ale ja wiem, że ich pomoc nie będzie już potrzebna.

– Maksiu… – okłamuję przyjaciela, gdy podchodzi do nas lekarz. – Wszystko będzie dobrze. Wyzdrowiejesz. A jutro pójdziemy karmić gołębie. Zobaczysz. Kupimy dwie garści orzechów. A ty będziesz mógł biegać do woli. Zobaczysz – oczy moczą mi łzy. – Zobaczysz, kochany przyjacielu.

Weterynarz przybiera zawodową minę pracownika domu pogrzebowego. Zamiast czarnego garnituru ma fartuch, ale nowiny przynosi złe. Zdjęcie rentgena nie daje żadnej nadziei. Złamany kręgosłup.

Pozostaje jedno.

Pożegnać się. Pożegnać jedyną osobę, przyjaciela, z którym dzieliłam życie. I dać mu odejść.

Serce mi się kraje. Czuję większy ból, niż wtedy, gdy grzebałam Staszka.

Zastrzyk zaczyna działać po kilku minutach.

Z oczu mojego przyjaciela spływają łzy, a zapełniające się mgłą oczy do końca szukają mojego oblicza.

Dobry pan doktor obiecuje zrobić solidny pochówek. Nie mogę Maksia ze sobą zabrać, nie mogę pogrzebać w pobliżu, żebym mogła przychodzić na jego mogiłę. Gdy się mieszka w blokowisku, nie ma takiej możliwości. Pozbawiona nawet tego, z rozdartym sercem, ruszam powoli do domu.

Zostawiam ciało przyjaciela u obcych. I nie wiem, co z nim zrobią.

Wdrapywanie się na czwarte piętro zajmuje mi więcej czasu, niż zwykle. Zwykle to ciągnął mnie Maksiu.

Maksiu…

Targa mną szloch. Ale nie wstydzę się. W tej kamienicy prawie nikt nie mieszka. Nikt nie poczuje się zawstydzony płaczącą starą kobietą. Nikt nie pocieszy. Nie zaoferuje pomocy.

Przekręcam klucz do pustego, jak nigdy wcześniej, mieszkania.

 

Nazajutrz skrywające nieboskłon nocy chmury, rozkroiły promienie słońca. Ostre, niczym odzywki zbuntowanego nastolatka. W niekoszonych od dawna trawach słychać było kłótnię świerszczy i pojękiwania pasikoników. Nerwowo stukał dzięcioł. Ważki goniły się zapalczywie.

Pod ławką schowaną tchórzliwie pod cieniem starej, zniedołężniałej wierzby usiadł Czesław.

Trzepał skrzydłami nerwowo. Rzucał łbem. Podobnie, jak jego towarzysze, którzy również wprosili się na zwyczajową, darmową wyżerkę.

Nerwowość rosła. Dzioby co i rusz złośliwe szturchały towarzyszy w karki i skrzydło.

Czesław i pozostali nie mogli zrozumieć, co się dzieje.

Od trzech lat, po raz pierwszy, smakołyków nie było im dane skosztować.

Ławka była pusta.

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *