To będzie długi wpis, który w całości zostanie przeczytany około 3% tych, którzy widzą jednorożca na końcu tego zdania 🙂
Właśnie w tej chwili biorę wielki, sękaty kij…
i wymachując nim, niczym rycerz Jedi
wsadzam go w mrowisko 😉
To złe być złym. Bądź dobrym, bo dobro wraca.
Słyszałeś to?
Bądź dobrym, a Wszechświat odwdzięczy ci się z nawiązką.
To też słyszałeś?
Hmm…
Bądź dobry dla innych, a inni będą dobrzy dla ciebie.
Dość! Muszę przerwać wygłaszanie tej mitologii.
Dlaczego?
Cóż… mam mieszane uczucia. Ani dobre, ani złe. Mieszane, okay?
Ale swoim zwyczajem postawię tezę.
A brzmi ona: nie ma żadnej gwarancji, że dobro wraca.
Niektórzy wierzą, że istnieje jakiś nadrzędny Plan. Projekt. Taki, który w rezultacie osobistych poświęceń dla drugiego człowieka, ostatecznie wynagradza za wszelkie dobre uczynki.
Wiem, wiem. Co religia to inna filozofia. Co inna filozofia, to inne wierzenie. Każdy ma własny prospekt w głowie na temat pośmiertnego wynagrodzenia.
Niebo. Raj. 100 dziewic. Niebyt. Nirvana. Walhalla. Miska ryżu.
Wybierz sobie, co tam chcesz. Na świecie jest ponad 7000 systemów religijnych. Jest w czym wybierać.
Więcej jest rajów pozagrobowych, niż rajów podatkowych.
Rozumiesz, prawda?
Cóż, oczywistym jest, że od każdej zasady są odstępstwa. Od ogólnie przyjętej reguły zawsze odkleja się odszczepieniec. W każdym modelu znajdzie się niesforna zmienna niepasująca do modelu statystycznego.
I w każdym stadzie, kończąc pasterskim porównaniem, znajdzie się ta przysłowiowa czarna owca.
„Dobro zawsze wraca…”
Czasem, gdy to słyszę i mam dobry humor, staję w kontrze do rozmówcy. Przytaczam kilka kontrargumentów z życia mojego, lub moich znajomych. Te wzięte z życia przykłady przeważnie wykrzywiają złością usta tych domorosłych kaznodziei, mieniących się wszechwiedzącymi ekspertami od spraw dobra i zła. Oni nie chcą słuchać prawdy. Nie interesują ich fakty. Wszystko jest albo czarne, albo białe. A niepasujące do filozofii argumenty przeważnie nazywają herezją.
Ale ja uwielbiam obnażać hipokryzję tendencyjnych mitologii i systemów filozoficznych.
Tylko dlaczego argumenty, którymi obalam te brednie czerpię z własnego doświadczenia? Czy to fair, że to moje życie dostarcza tych przykładów? Naprawdę, wolałbym, by tak nie było.
Czy lepiej być nieświadomym wierzącym, czy uświadomionym niewierzącym? I nie mam na myśli religii, żeby był jasne.
Wiem, że to niepopularne i obrazoburcze. Ale zastanów się i sięgnij pamięcią.
Zdarzyło Ci się, że za podarowane dobro otrzymałeś coś wręcz przeciwnego?
Przykładów mam na kopy, bo od dziecka wierzyłem w tę iluzję. Oto kilka z ostatniego roku. Wszelkie podobieństwo jest zupełnie przypadkowe. Więc wyobraź sobie, że doświadczasz czegoś takiego:
Scenka 1. Załatwiasz komuś potężną podwyżkę. Trzy razy większą, niż może załatwić ktokolwiek w całej organizacji. W zamian dostajesz oszczerstwa, niewdzięczność, obmawianie i sianie czarnego PR. Na deser wbijanie noża w plecy i nienawiść. Bo trzy razy więcej, niż dostają wszyscy pozostali szczęśliwcy obdarzeni podwyżką, to za mało. A tych szczęśliwców jest naprawdę mały procent.
A ekonomia? Przepływ finansowy? Koniunktura? Budżet? Planowanie? Wydatki? Sytuacja rynkowa? Po co to komu? To nieistotne detale. „JA CHCĘ! MI SIĘ NALEŻY!”
Finalnie te ogromne pokłady dobroci zostają Ci zwrócone w postaci…
Scenka 2. Załatwiasz komuś przywileje, którymi nie został obdarzony nikt z organizacji. Nadstawiasz własnego karku i ryzykujesz swoją głową, bo to naruszenie ogólnie przyjętych zasad. Ale z sympatii i (za przeproszeniem) „dobrego serca” – działasz. I to działasz skutecznie. Rezultatem tej przysługi jest pogarda i szydercze żądanie o więcej. Bo podarowanie czegoś, czego nikt inny nie może zapewnić, to za mało. Nie należy się za to nawet „dzięki”. Oczywiście nie przeszkadza to cieszyć się załatwionymi przez Ciebie przywilejami tej osobie, która tak na nie narzeka. Zapłatą za bycie dobrym jest…
Scenka 3. Realizujesz komuś z sympatii usługę o wartości wielu tysięcy złotych. W rezultacie tego działania napędzasz tej osobie mnóstwo klientów. Szacujesz, że ta osoba zarabia na tym prezencie wielokrotnie więcej, niż cena, którą normalnie by za tę usługę zapłaciła. W podzięce otrzymujesz szydercze maile i wyzwiska, że to za mało. Bo ta osoba chce więcej. I kategorycznie nie ma zamiaru za to zapłacić. Za podarowane dobro otrzymujesz w zamian…
4. Ponadplanowo i prywatnie angażujesz się dla pewnej grupy ludzi. Wyłącznie z sympatii i chęci ratowania czyjegoś tyłka. Wielu tyłków. Robisz rzeczy, za które nikt ci nie zapłaci. Nie rozliczysz tego. Swoje płatne obowiązki wykonasz poza planem. To, czy zdążysz je wykonać, to twój problem, bo oni mają to gdzieś. Okazuje się, że w ramach równości, dla nich liczy się tylko ICH cel i TWOJE poświęcenie. Ale zależy ci, bo to pomoże im w realizacji ich targetów, planów, ASAPów, deadlinów. Pomoże IM zarobić pieniądze. Załatwiasz to dla nich poza oficjalnym grafikiem, wpychając ich na początek oczekujących. A kolejka jest długa. Ale to fajni ludzie, myślisz naiwnie. Poświęcę się w ramach współpracy. W zamian za to słyszysz, że za mało się starasz. Musisz popracować nad tym, żebyś dawał więcej, żeby być lubianym. A ponieważ Tobie nie zależy, czy ktoś Cię lubi, czy nie – dajesz kontrę, pokazując miejsce, gdzie masz sympatię innych. Rezultatem Twojej dobroci i zaangażowania jest to, że ci ludzie, którym tak wiele podarowałeś dobra, obgadują cię za plecami i defekują werbalnie na Twoje dobre imię. A paru z nich okazuje się być najpodlejszymi z podłych, jakich spotkałeś w życiu. Tak, to ci sami, którzy szerokim uśmiechem pierwsi wyciągają dłoń na powitanie. A Tobie rzygać się chce od tej obłudy i hipokryzji. Dałeś dużo dobra, a wróciło do Ciebie…
5. Jesteś bardzo potrzebny. Mało tego: zostałeś mianowany „przyjacielem”. Ale okazuje się, że to tylko gra, żeby urobić cię, by załatwić „coś” komuś, kto jest w totalnej życiowej rozpadlinie. Okazuje się, że faktycznie ten ktoś jest w piekielnie trudnej sytuacji, którą możesz cudownie oniemić. Więc, w ramach czynienia dobra angażujesz się. Płacisz, jeździsz, załatwiasz, kombinujesz. Nadstawiasz karku, ryzykujesz reputacją. By w rezultacie, po załatwieniu „tego” zostać zdegradowanym z roli „przyjaciela” do roli „*&@$%@*!” (na szczęście jesteś zbyt bystry, by uwierzyć w tę bajkę o przyjaźni). A za to, że się komuś uratowało tyłek i zmieniło sytuację życiową z beznadziejnej na „spełniłeś moje marzenie” dostajesz milczące „wal się”. Dałeś dobro. Wróciło…
Dopisek: ponieważ nie urodziłem się wczoraj, potrafię rozpoznać fałszywą atencję.
Pewnie zastanawiasz się, po co to piszę? No i po co, skoro tyle razy ta maksyma się nie sprawdziła, nadal głupio i naiwnie człowiek stara się być tym dobrym dla innych? Wiesz… Czasem ciągnę to dla samego eksperymentu. Doświadczenia. I opisania tego w jednej z moich książek. Mam już dużo naprawdę mocnego materiału 😉 Za jego zdobycie zapłaciłem cenę grania nieświadomego. Ale, kurcze – materiał jest przedni 😉
Wróćmy na moment do głównej tezy tego felietonu: dobro powraca.
Tę filozofię powtarzają najczęściej ci, którzy chcą byś to Ty czynił dobro dla nich. I przekonują Cię tym argumentem, że dobry dla nich uczynek do Ciebie wróci. „Zrób coś dobrego dla mnie, a to do ciebie powróci”.
Wiesz co? Możesz tak czekać do końca świata. Jeżeli Ty kierujesz się sercem, a oni portfelem – przegrasz. Przegrasz i będziesz gorzko żałować.
Każdy, kto jest choć średnio rozgarnięty życiowo wie, że świat nie jest sprawiedliwy. Rety! Nawet Steve Jobs o tym mówił, więc chyba musi w tym coś być.
Dajesz dobro? Nie masz żadnej gwarancji, że dostaniesz to samo.
Obdarowujesz innych dobrocią? Możesz w zamian dostać kopa w kuper, splunięcie w twarz i siarczysty strzał z liścia. Ale coś czuję, że wiesz, o czym mówię.
Zanim przejdę do konkluzji jeszcze trochę obserwacji.
Wśród ludzi jest cała masa bezlitosnych pijawek, zapatrzonych w siebie i czubek własnego nosa skończonych egoistów. Bez wahania Cię wykorzystają i nawet nie spuszczą wody po tym, co narobili. A Ty? Zostaniesz z niczym i z problemami, które oni spowodowali.
Czy dobro popłaca? Czy dobro wraca?
Sorry: z moich obserwacji wynika, że bardzo rzadko. Albo wcale. A jeżeli faktycznie wraca, to na pewno nie pod adres nadawcy.
A teraz życzliwe słowo specjalnie dla Ciebie. Wiem, że to dobre słowo do mnie nie wróci. Nie szkodzi 😉 Znam realia.
Chcesz, by było Ci w życiu dobrze?
Chcesz, by dobro do Ciebie wróciło?
Oto moja rada:
Najpierw obdarz dobrem siebie samego.
Pomyśl o sobie.
Wysyłaj dobro innym, ale najpierw ślij je do siebie.
Bo to wysyłane innym może nigdy nie wrócić. A to wysyłane sobie samemu – nigdy od Ciebie nie ucieka.
Zapewnij sam sobie to, co dla Ciebie dobre.
To całkowicie niepopularna opinia, wkładana do głowy od małego, ale jak tylko staniesz w Prawdzie, która mówi, że to Ty jesteś najważniejszą postacią Twojego życia, zrozumiesz to. Dotrze do Ciebie „to coś”, o czym wiedzą szczęśliwi. Świadomi. Oświeceni. Skuteczni.
To potężnie skomplikowany i wielopoziomowy temat, który kiedyś zamierzam mocno rozwinąć.
Zadbaj o SWOJE DOBRO.
Zatroszcz się o swój Dobrostan.
I o własny portfel.
Gdy będziesz dobry dla siebie, to życie dobrem Ci się odwdzięczy. A Ty będziesz mógł przesłać to dalej tym, którzy na to zasługują.
Ale tylko tym, którzy zasługują!
Trzeba separować się od ludzi, którzy bez wahania wykorzystają, a na koniec oczernią, by swoje łajdactwa wybielić. Zostaw ich. Odgródź się od nich. Niech gniją w swej nienawistnej, roszczeniowej kloace. Niech kiszą się w swoim własnym soku, aż utopią się w swojej nienawiści i hipokryzji.
Zasługujesz na to, by czuć szczęście z samym sobą.
Chociaż „szczęście” to dla wielu z nas za duże słowo.
Zamienię je na „zadowolenie”. „Satysfakcję”.
Dobrostan.
I tego Ci życzę w ten bardzo ciekawy dzień.
Add a Comment