Depresja

Jedenastego sierpnia minęła kolejna rocznica samobójczej śmierci Robina Williamsa. I z tej smutnej okazji postanowiłem napisać te kilka słów.

Chociaż ten uwielbiany przez miliony aktor cierpiał na całą listę przypadłości, to głównie jedna choroba nam go odebrała.

Choroba śmiertelna.

Nieuleczalna. Ale bywa, że zaleczalna.

Depresja.

I nie mylić tego z chwilowym spadkiem nastroju spowodowanym zbyt długą kolejką do kasy, chandrą po kłótni o „niezwykle istotne” pierdoły czy jesienną melancholią, którą roztapiają pierwsze przebijające się przez śnieg krokusy.

 

Już brzmi poważnie? Będzie poważnie.

Aha. Zdecydowanie chcę podkreślić, że nie piszę o sobie i niczego osobistego nie przemycam. Piszę o społecznym  zjawisku.

I najważniejsze: nie ma możliwości, aby tak niezwykle rozległy i głęboki temat zamknąć na tak małym skrawku ekranowego papieru. Poruszam tylko mały wycinek całego zagadnienia, ponieważ nie wszystkie tematy mogę i powinienem tutaj przedstawiać. Ale o tym później.

 

Temat depresji z przerwami zgłębiam od dekad. Od naprawdę bardzo dawna. Odkąd depresja nie była jednostką chorobową a jedynie lenistwem, niedorobieniem życiowym i niedojrzałą modą zblazowanych luksusem życiowym niedorosłych gówniarzy. Nawet, gdy ten „gówniarz” miał pracę, rodzinę i dwie, trzy, cztery dychy na karku.

Depresję „leczyło się” wtedy reprymendą, pasem i karą. Często dodatkowo aplikowano choremu szyderstwo, pogardę i ostracyzm koleżeński. A bywało, że rodzinny.

 

Ta, jak to niektórzy określają – choroba duszy, wyżera bezlitośnie człowieka od środka, pozostawiając tylko pustą skorupę. Działa podobnie, jak pewien gatunek grzyba który rozrasta się w ciele nosiciela, infekuje wszystkie tkanki i w momencie przejęcia układu nerwowego, zamienia jego funkcje neuronalne. Zaczyna sterować jego motoryką, zachowaniem i układem hormonalnym. Wszystkim. Nosiciel powoli zanika, gaśnie, aż w całości staje się marionetką na sznurku pasożyta.

A z zewnątrz wcale tego nie widać.

Przynajmniej na tym etapie.

Potworność tej choroby zbiera silne żniwo, zwłaszcza po wydarzeniach ostatnich paru lat. Ale w wyjaśnienia czynnika społecznego, który zadziałał na pewien przekrój populacji niczym katalizator, zapuszczał się nie będę, bo do wieczora bym nie skończył.

 

Wyobraź sobie taką sytuację.

Jest obok Ciebie człowiek. Bywa pogodny. Może nawet się uśmiecha. Funkcjonuje w swoim środowisku. Wydaje się być normalny. Czasami intrygujący. Z normalnym zaangażowaniem podchodzi do swoich zadań.

Niby wszystko gra. Wszystko w normie. W porządku.

Ale w jego środku rozrasta się pasożyt choroby, która przemienia go w dosłownie najbardziej cierpiącego człowieka na planecie. I nie jest to parabola. To może brzmieć niczym herezja, ale człowiek w depresji jest zogniskowany w stu procentach na sobie. Jest podręcznikowym egoistą doskonałym, tylko z tą różnicą, że jego rozszargane Ego ulokowane na przeciwległej stronie skali, niż u narcyzów. Taki człowiek dosłownie czuje się tak samotny w roztapiającym go cierpieniu, jakby był jedyny na całym świecie. Nawet, gdy otacza się innymi.

Dobra, kolejny rozdział, który muszę uciąć tutaj, bo książki nie piszę.

 

Niepokoi mnie natomiast pewne nasilające się zjawisko. Mocno patologiczne, nie ma co owijać w bawełnę. Cuchnące perfidią, celebryckim wyrachowaniem i zbijaniem osobistego społecznego kapitału na najniższych zagrywkach. Takich, które w podstępny sposób wampiryzują na ludziach o dobrej ludzkiej wrażliwości i wysokiej empatii.

Coraz częściej dostrzegam, że modnym się staje publicznie wyznać, iż oto samemu przeżyło się „dwa epizody” depresji. Takie wiesz: strasznie dołujące.

 

„Tak, ja też miałam. Serio. Uwierzcie mi. Ale na szczęście po tygodniach walki z tą depresją udało mi się odnaleźć w sobie siłę, by wygrać. A teraz? Po takim zahartowaniu? Już tylko prosta droga na szczyt. W nas jest siła. Tylko wystarczy uwierzyć. Wystarczy się uśmiechnąć. Serio, to naprawdę działa. Jestem tego przykładem. Wystarczy po prostu złe myśli zamienić na dobre i wszystko magicznie się ułoży. A teraz daj serduszko i zasubskrybuj.”

 

Niestety, ale takich ludzi się spotyka. Tylko nie pasuje to do obrazu człowieka naprawdę trawionego tym pasożytem karmiącym się jego duszą. Bo chorzy na depresję ludzie ostatnie czego chcą, to wbiegać na piedestał, by się z tym obnosić za jakieś lajki, benefity, współczucie, czy inne wytwory spółecznościowej generacji. Już to kiedyś pisałem: za paciorki i szkiełka.

Tak, chwalenie się posiadaniem śmiertelnej choroby stało się za często perfidnym łapaczem lajków, serduszek, atencji i oszukańczego współczucia. Przemieniło się w wielu przypadkach w inscenizację, zwykłą grą pod publiczkę, sprzedaż lub zdobywanie popularności.

Gdy czytam takie wyznania czasami trudno nie odnieść wrażenia, że ta jednostka chorobowa stała się pewnego rodzaju modą. Jednostka chorobowa. Nie choroba. Bo dotkniętemu nią człowieka nawet przez myśl nie przejdzie, by się na niej lansować na herosa, który śmiertelne choroby w pięści zgniata, jak kukurydziane prażynki.

Czasem to aż żenujące.

 

Oczywiście, takie przypadki to tylko drobne wyjątki w morzu cierpiących w milczeniu, ale jak zawsze: patologia, chociaż marginalna, najbardziej szkodzi i najbardziej jest widoczna.

Zwłaszcza, że ta patologia żeruje na tych, którzy są przekonani, że i tak już nic im nie pozostało.

Te skoncentrowane na sobie hieny żerują kosztem tych, którzy patrzą na swoje przeguby, spoglądając z tęsknotą na szufladę z nożami. Stoją na torach i nie martwią się już, czy zostawili włączone żelazko. Nie gaszą światła na noc, bo wiedzą, że nie muszą już się martwić rachunkami za prąd. Albo szukają najwyższych budynków zastanawiając się, czy da się otworzyć właz na dach.

Człowiek, który zamiast powiedzieć na odchodne „do widzenia” mówi ”żegnaj” nie krzyczy o tym w mediach. Taki człowiek mówi to tak cicho, by nikt go nie usłyszał. Bo tak naprawdę żegna się z samym sobą.

Przez dekady przewinęło się naprawdę wielu wybitnych, znanych ludzi, którzy zmagali się z tą straszna chorobą. I dzielnie walczyli. Z całych sił.

I przegrali.

Z milionów wymienię kilka.

Kurt Cobain.

Ernest Hemingway.

Vincent van Gogh.

Marylin Monroe.

Janis Joplin.

Piotr Łuszcz.

Avicii.

Ojciec.

Pomimo tego, że wielu z tych nieszczęśników otaczało wsparcie, odpowiednie środowisko, przyjaciele i opieka. Mieli warunki do rekonwalescencji i terapii, pasjonujące zajęcia. Czasem całe rzesze fanów, którzy wspierali ich i kochali. I często ci chorzy byli w zaawansowanym procesie terapeutycznym.

A mimo to – odeszli. Samotny strzał. Fiolka pigułek. Tory kolejowe. Sznur na szyi. Dwururka…

To są właśnie jedne z nieskończonych faset tej strasznej choroby. Okrywa się pancerzem z człowieka, którego samą sobą infekuje. Odporna na wsparcie społeczne, środowiskowe. Czasem nawet na profesjonalne i nowoczesne terapeutyki.

 

Na początku wspomniałem, że zbyt wiele nie mogę tutaj pisać i to prawda. Bo prawdy, której dokopałem się przez te dekady analizy takich przypadków, rozmów, studiów nad tą chorobą duszy, nie wolno wypowiadać na głos.

Nie, to nie tajemnica. Chodzi o to, że tak naprawdę, gdyby pominąć czynniki popularności, sensacji, atencji, litości, gier politycznych i społecznych, to tak naprawdę nikogo to nie interesuje. Społeczeństwo ma to gdzieś. Bo chociaż depresja stała się w wielu kręgach „modna”, to już sami dotknięci nią chorzy zdecydowanie nie.

Ci, którzy przypięli sobie na klapę nakleję chorego, dostają wiele litości. Litości, która nie trafia jednak do dotkniętych tą chorobą.

I z szacunku do tych ludzi, należy na ten temat milczeć. Tak długo, aż w którymś momencie jedno wypowiedziane słowo wybrzmi i zostanie usłyszane.

Bo tylko podczas ciszy można to słowo usłyszeć.

Pod warunkiem, że ktoś słucha.

 

Ludzie naznaczeni tą chorobą przypominają trędowatych. Z tą różnicą, że sami wykluczają się ze społeczeństwa, a swój trąd widzą wyłącznie oni. Od poranka po zapadnięcie w sen żyją zainfekowani przekonaniem o własnej parszywości i cuchnącej, odrażającej egzystencji.

Dla innych ludzi symptomy są najczęściej niewidzialne. Często bagatelizowane, trywializowane. Bywa, że wyśmiewane.

Chorzy w zaawansowanym stadium potrafią tak perfekcyjnie udawać swój stan, że nikt, nawet najbliżsi nie są w stanie dostrzec prawdy. No wiesz, znowu jakichś perfekcyjnych zdolności oni nie mają. Wystarczy, że się uśmiechną i gotowe.

Ale bywa i tak, że te zmiany widać, ale ludzie po prostu odwracają wzrok. Mają swoje sprawy, swoje kłopoty. Bo poza tym, że to „modna” choroba, to nadal jeszcze bywa często krępującym tematem. Po prostu nie potrafimy o niej rozmawiać.

Wielokrotnie słyszałem ucinaną rozmowę, gdy tylko to magiczne słowo w konwersację się wkradło.

Cóż…

 

Pora przejść do poważniejszych obszarów.

W społeczeństwie lansowany jest mit że ci, którzy targnęli się na swoje życie są tchórzami, którzy boją się żyć. Boją się chwycić byka za rogi. Stać się kowalem swojego losu. Podjąć decyzję, by być zwycięzcą…

Od samego słuchania takich „porad i opinii” robi się niedobrze.

Tego typu wypowiedzi są niczym innym, jak pieprzeniem ignorantów rodem ze spędów motywacyjnych, gdzie wszyscy skandują „jestem zwycięzcą”. A później wychodzą z sali z listą numerów telefonów ludzi, do których nigdy nie zadzwonią, dumni z siebie, że udało im się oto oszukać wszystkich, jakie to ich życie jest poukładane. I z tym fałszywym przekonaniem o swojej zajebistości, w który wierzą tylko do następnego poranka, wracają do swojego życiowego bałaganu. Tego samego, przed którym uciekli na weekendowe kołczo-wakacje, które miały im uświadomić, że to, iż dupy nie ruszą by coś realnego ze swoim życiem zrobić jest w porządku.

No jak to? Przecież pojechali zostać kowalem swojego losu, co nie?

Ale o tym mam osobny wpis 😉 Kontrowersyjny dość.

 

Wracamy do tematu.

Depresyjnych samobójców, którzy jako ludzkie skorupy odeszli ze świata na długo przed aktem samozniszczenia, nie należy kwalifikować, jako tchórzy. Wielu z nich odczuwa, że ten akt jest ostatnim wołaniem do siebie samego. Nie do świata. Do swojego Ja. Oni samym sobie chcą jeszcze udowodnić, że jest ostatnia rzecz w życiu, nad jeszcze którą mają kontrolę. Prawdziwą kontrolę. I mogą podjąć jedną decyzję. Ważną, która coś zmieni, zanim rozrastający się w nich pasożyt choroby zeżre ich dusze do ostatniego okruszka i całkowicie pozbawi woli. Ten cały zestaw przerażających przekonań, na których nadbudowują poczucie własnej wartości odcina ich od myślenia o przyszłości innej, niż pełnej coraz większego cierpienia. A jednocześnie choroba eliminuje wybiórczo engramy tak, iż pamiętają wyłącznie złe momenty w życiu, które potwierdzają przekonania zainfekowane przez chorobę. Nie brakuje również abstrakcyjnych wręcz wyolbrzymień, gdzie normalne zdarzenie z przeszłości staje się pomnikiem i symbolem tego, jak parszywe życie się wiodło i jak nic nie wartym jest się człowiekiem.

Jak pisałem – to podstępna choroba.

I przerażające jest to, że ktokolwiek może targnąć na swoje życie. To bezsprzecznie dramat, którego nie sposób opisać. Nawet nie będę próbował.

Rozmawiałem z takimi ludźmi. I to wygląda (tak to zrozumiałem) zupełnie inaczej, niż wszystkim się wydaje. Zwłaszcza niż wydaje się tym, którym wydaje się, że wiedzą. Może o tym kiedyś napiszę…

Ale społeczeństwo tak łatwo ich ocenia, nazywając tchórzami.

Powtórzę dosadniej, bo to kluczowe: ci, którzy tak mówią to szkodliwe durnie, którzy autorytarnie z pozycji plastikowego autorytetu wypowiadają się na temat, o którym mają zerowe pojęcie. Poziom ich ignorancji jest tak wielki, że obnaża tylko ich głupotę. Ale tego typu deklaracje pojawiają się i potężnie szkodzą nie tylko środowisku, ale przede wszystkim tym, którzy cierpią na tę śmiertelną chorobę.

Dlaczego?

Bo podtrzymują paradygmat, który blokuje właściwe podejście i zrozumienie ludzi dotkniętych depresją. Ich motywacje, mechanizmy myślenia. Bezmiar pustki, w którą zostają rzuceni wbrew swojej woli lub po prostu cały wachlarz przyczyn i wyzwalaczy.

Przyczyny te powiązane bywają z mechaniką neuronalną, hormonalną, trawienną, genetyczną, itp. Ale bywa, że z mechaniką związaną z myślami, higieną mentalną, sytuacją życiową, presją, toksycznym miejscem pracy, zranionym sercem, czy środowiskiem społecznym w którym się żyje.

Ostatnie parę lat dosadnie nam to pokazało. Nikt nie może powiedzieć, że czynnik społeczny nie jest skutecznym wyzwalaczem.

No, nikt o zdrowych zmysłach nie może tak powiedzieć, bo różne głosy się słyszy…

Czynników jest zawsze wiele, są powiązane i bardzo często powiązania pomiędzy nimi – ukryte. Tych przyczyn, które interferują ze sobą zawsze cały wachlarz. Trujący koktajl przyczyn ma dla każdego chorego inny smak.

 

A ci, którzy decydują się odejść? Tak naprawdę taki człowiek odszedł na długo wcześniej, nim wykonał ostatni krok. Zabrała go choroba. Zżarła jego duszę nie wypluwając resztek. Człowiek taki zniknął przygnieciony i rozpuszczony przez piekło, które ta choroba funduje. Stał się marionetką pasożyta, który karmi się wnętrzem jego fundamentalnego Ja. Jego Duszy.

Dramatyczne jest to, że ignorancja społeczna generuje w takich ludziach przekonanie fałszywe już w swoich podstawach. Na ich podstawie dochodzą do fałszywych wniosków i podejmują ostateczne, często niestety nieodwracalne decyzje.

Ludzie podejmujący ten ostatni krok, często postrzegani jako tchórze, tak naprawdę budzą się ostatni raz, by podjąć ostatnią świadomą decyzję i udowodnić sobie, że odchodząc z tego piekła, odchodzą jako wolni ludzie samodzielnie naciskając klamkę drzwi wejściowych do innego pokoju.

A może tego innego pokoju wcale nie ma?

Kto to wie?

Perfidia złudzeń i iluzji chorobowych jednak jest nieskończenie podstępna. Bo dla tych ludzi ryzyko warte jest zachodu. Bo chociaż być może nie liczą, że trafią do raju, to przynajmniej rozpuszczą się w nicości, gdzie nie doświadczają już gehenny życia z tą chorobą.

 

I teraz najbardziej kontrowersyjna (pozornie) część.

Po rozmowach z takimi ludźmi (którzy przeżyli, żeby nie było…) wiem, że wyłania się tutaj pewien schemat oparty na tej fałszywej grze, sterowanej przez chorobę.

Oni nie uciekają przed życiem – oni uciekają przed piekłem.

Nie boją się, że trafią do piekła, bo właśnie z niego wychodzą.

Zdecydowanie nie boją się życia. Oni go wcale nie czują. W swoim wnętrzu już są martwi, więc nie mają się czego bać.

Nie myślą o przyszłości, bo żyją wyłączne w przerażającym TERAZ.

I nie pamiętają niczego dobrego, ponieważ choroba odcina pamięć o rzeczach i wydarzeniach dobrych, wesołych a zwłaszcza takich, które mogą podnieść samoocenę lub wartość we własnych oczach. A wszystkie „dobre wydarzenia” są tak racjonalizowane przez przeżarty chorobą umysł i skrzywioną samoocenę, że stanowią bazę do przekonania, że już nigdy nie będzie dobrze.

W ich mniemaniu się nie zabijają. Oni przestają odczuwać nieskończony ból.

 

A bodajże największą zbrodnią tej choroby jest to, że człowiek nią dotknięty jest opasany niemożliwym do przebicia kłamstwem, który ta choroba zasiewa w umyśle i sercu. Kłamstwem co do siebie samego, otaczającego świata, możliwości, nadziei, wartości siebie samego, wspaniałości życia, szans na szczęście i rozwój.

Nie dopuszcza do świadomości potencjału, jakie niesie świat. Nieopisanej wartości bycia z drugim człowiekiem. Szans wyłaniających się z talentów i pasji.

Filtr tej strasznej choroby nie pozwala widzieć tych wszystkich rzeczy.

Bo te dobre rzeczy i myśli potrafią osłabić chorobę, więc depresja je filtruje.

I tutaj trochę rola dla specjalistów, którzy potrafią takie okulary iluzji najpierw delikatnie czyścić a później zdejmować. To praca Syzyfa, ale się opłaca.

 

A na koniec taka myśl: nie wiemy, kim jest człowiek stojący obok nas. Nie mamy pojęcia, co siedzi w jego środku. Dlatego może rozważniej by było nie oceniać nikogo, bo co my niby możemy wiedzieć o życiu innych? Całe g… Nie mamy  zielonego pojęcia, co w nich siedzi. Z czym się zmagają. Z jakimi demonami walczą. A ponieważ nikt tego nie wie, można wyłącznie na ten temat spekulować. A to oznacza tylko to, że każde ocenianie i szufladkowanie drugiego człowieka jest metką, którą przyczepia się samemu sobie. Metką z naprawdę niską wartością.

 

Wiemy, że depresję da się czasami zaleczyć. Wyciszyć. Stłumić. Z wytłumioną i ukrytą da się żyć i funkcjonować. Ale czy da się ją wyleczyć?

Na to pytanie nie odpowiem. Wątpię, czy ktokolwiek rzetelnie zdoła. Ale jest coś, co możemy zrobić my. Ty i ja.

Robin Williams powiedział: „Wystarczy się uśmiechać, by ukryć zranioną duszę i nikt nawet nie zauważy, że cierpisz.”

Teraz jest czas, gdy zaczynamy widzieć więcej. Patrzmy na drugiego człowieka, który chowa się pod maską uśmiechu. Celowo użyłem tego słowa: maską.

Ból często jest przykryty przez śmiech.

I wcale nie trzeba prowadzić długoletniej psychoterapii, by pomóc. Nie.

Wystarczy spełnić podstawową potrzebę ludzką. Pokazać, że ktoś jest doceniony, ważny i potrzebny.

Często nie trzeba nic robić ponad to, że zauważymy drugiego człowieka. Czasem wystarczy zauważyć.

 

To… do zobaczenia 🙂

 

P.S. Jeżeli dotrwałeś aż tutaj, to gratuluję. Zasługujesz na słodkie ciasteczko. Serio 🙂

 

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *