Dzień, który wszystko zmienił

– Tato – pytam znudzona – daleko jeszcze?

Pasma asfaltu, niczym węże, ciągną się w nieskończoność. Hipnotyzują.

– Jeszcze dwie godziny, córcia – odpowiada tak, jakby to była dobra wiadomość.

Ta wieść natychmiast potęguje moje przygnębienie. Boże, chyba zejdę z braku zajęcia.

– Nudzi ci się? – rzuca pytanie mama. – Może poczytasz książkę, którą ci dałam? Jest naprawdę bardzo dobra.

– Ta. Jasne. – To jedyne, co mogę odpowiedzieć. Skoro fabuła tej leżącej obok „cegłówki” wciąga moją matkę, to najlepsza rekomendacja, żeby trzymać się od niej z daleka.

Od książki, nie od matki.

Patrzę na komórkę. Nadal zero zasięgu. Czuję, jakby ktoś odciął mnie od kluczowej części mnie samej.

Odkładam telefon i w desperacji sięgam po tę książkę. Po czterech godzinach jazdy docieram do czwartej strony. Skąd pomysł, że nastolatkę zainteresuje klasyka?

Ale daję powieści szansę. Nie mam nic innego do roboty. Jednak ze stron wylewają się pokłady potwornej nudy. To wydaje się niemożliwe, ale bezczynność jest dla mnie bardziej zajmująca. Odkładam więc lekturę i tępo ślepię w mijany krajobraz.

Dobija mnie niecierpliwość i pytanie: kiedy wreszcie dojedziemy? Zabijając czas, ślizgam się wzrokiem po mijanych pagórkach, zagajnikach i lasach.

– Tato, dlaczego na tej drodze jest tak pusto? – pytam nagle, chociaż wcale mnie to nie interesuje. Ale ojciec potrafi zająć opowieścią.

– Zauważyłaś, co nie? – odwraca się i puszcza mi oczko. Nie lubię tego. To taki obciach. – Córcia, to moje rodzinne strony. Znam tu każdą ścieżkę i trasę. Mieszkałem tu dwadzieścia lat, zanim wywędrowałem na południe razem z twoją mamą. Dorastanie w tych dzikich okolicach przerabiało chłopaczków na najlepszych mężczyzn. Co nie?

Odwraca się do żony, uśmiecha do niej i sprzedaje serdecznego kuksańca w ramię. Mama zaciska pięść i oddaje cios, po czym serdecznie czochra tatę po głowie. Jeszcze trochę włosów mu zostało.

– Jedziemy starą trasą, jeszcze sprzed oddania drogi ekspresowej – zaczyna snuć opowieść. –  Teraz bardzo rzadko ktoś tędy jeździ. Kiedyś trudno było stąd dokądkolwiek dojechać. Podróż trwała bardzo długo. A już w zimie? Ho, ho. Niemożliwe. Odcięcie od świata na tysiąc procent.

– A my dlaczego nie chcemy dojechać szybciej i łatwiej? – To bardzo rozsądne pytanie tym razem postanawia zadać mama.

– No, dajcie spokój. – Tata kontratakuje, chociaż wiem, że uwaga mamy bardziej go bawi, niż martwi. – Ta trasa jest wprost idealna. Przecina najpiękniejsze zakątki mazur. Do tego puste i wyludnione.

– Świetnie – rzucam w odpowiedzi. – czyli, jak nas ktoś tu napadnie, to znajdą nas za tydzień.

– Po co ten sarkazm? – tata znowu odwraca się, ale tym razem oblicze ma śmiertelnie żartobliwe. – Przesadzasz. Kto nas napadnie, jak tu żywej duszy nie uświadczysz? Zresztą, choćby nawet – uśmiecha się – nie znajdą nas nawet za miesiąc.

– Super – kwituję kwaśno. Sprawdzam po raz tysięczny komórkę. Nadal brakuje zasięgu.

Nuda ponownie atakuje ze zdwojoną siłą. Kołysze do snu.

Może się prześpię? Dobry pomysł, w sumie. Droga szybciej zleci.

Trasę odmierzają migoczące za szybą słupki przydrożne. Monotonnie zielony krajobraz, malowany ramą okna, zamyka mi powieki. Pod nimi zaczyna wykluwać się sen. Nagle samochód hamuje i skręca w prawo. Czuje to w półśnie. Po chwili zatrzymujemy się i silnik milknie. Otwieram oczy.

– Co to za miejsce? – mama przeciąga się, aż słyszę chrupanie w jej szyi.

– To parking, a teraz pusta polana – tata z dumą poczuwa się udzielić rzetelnej odpowiedzi. Niczym przewodnik w muzeum, którego już nikt nie odwiedza. – To znaczy, pusta teraz. Dawniej to był najbardziej uczęszczany parking na trasie. Smażyli tu wspaniałe kiełbaski z rusztu. Aromat smażonej śląskiej można było wyczuć nawet za kierownicą podczas jazdy.

– Nie widzę żadnych samochodów – zaczyna mama – i nie czuję grilla. Po co stajemy?

– To tylko mała przerwa na siku – kapituluje tata. – Przyszpiliło mnie.

– Okay – mama pociąga za klamkę drzwi. Do środka od razu wpada świergot leśnych ptaków i bzyczenie owadów. ­– W takim razie rozprostujmy kości, zanim wyruszymy w dalszą drogę. Przyda się parę minut przerwy.

Może jestem trochę zblazowana, ale ten pomysł nie jest zły. Uda mi zdrętwiały. Niby mamy takie wielkie auto, ale z tyłu jest strasznie ciasno. Przyda się mały spacer. Wysiadam i kieruję się na skraj polany.

– A ty dokąd? – Mama tylko udaje, że daje mi namiastkę wolności. Korzystając z okazji, zapala papierosa.

– Idę w las – rzucam, nie odwracając się. – Tu, blisko. Tata pobiegł w tamte chaszcze, to ja pójdę tam. Na prawo.

– Dobrze, kochanie. Ale nie oddalaj się za bardzo – wypuszcza między drzewa siny dym.

– Tak, tak. Bo za miesiąc mnie nie znajdziecie. – Czuję za plecami, jak mama kręci głową z politowaniem.

Ruszam w las nie czekając na jej ripostę. Widzę, że po dawnej świetności tego miejsca nic nie pozostało. Całość przejęła we władanie przyroda. Spękane, pokruszone betonowe płyty parkingu zielenią się wyrosłymi ze szczelin łodygami leśnych traw i kwiatów. Cały teren od strony lasu przegrywa z zielonym najeźdźcą. Pordzewiałe słupki, służące kiedyś zapewne za punkt mocowania rowerów, stoisk handlowych albo psów, prześwitują brudem, odłażącymi płatami farby emaliowej i rdzy. Część oplotła rodzina dzikiego bluszczu. Podchodzę bliżej i zauważam na kłączach solidne kolonie mszyc. Mszyce – przypominam sobie jakiś kadr z dawno oglądanego filmu – farmy hodowlane mrówek.

Z prawej strony słyszę strumyk. Zanurzony poniżej terenu gruntu, meandruje pomiędzy zwalonymi pniami drzew, omiatając częściowo wschodnią cześć parkingu. Idę za głosem szemrzącej wody i nagle zauważam ulokowany pomiędzy dwoma potężnymi grabami mostek. Czas pokruszył jego cementowy monument. Pozostał żałosny żelazobeton, w którego szczelinach zadomowiły się siedliska pnączy, kępy traw i kiełkujące ziarna entropii. Powinien już dawno się zawalić, ale widzę, że chociaż mocno nadkruszony czasem – jest dość solidny, abym mogła przejść na drugą stronę. Tu chyba nawet czas płynie wolniej. Wchodzę na zniszczoną nawierzchnię, poprzetykaną wyrastającymi z gruzu leszczynami i kwiatami. Woda w dole jest krystalicznie czysta. W prześwitach promieni słońca migoczą grzbiety małych rybek. Niczym rzucone w odmęty cekiny. Przechodzę dalej i wkraczam do lasu po drugiej stronie. Uderza mnie absurd tego obiektu, którego sens istnienia jest co najmniej wątpliwy. Przecież dalej nie ma niczego, do czego ten mostek mógłby prowadzić. Tylko dziki, gęsty las.

Zaciągam się rześkim powietrzem. Poza szumem wody słyszę śpiew ptaków i bzyczenie much. Zastanawia mnie, czy mieszka tu jakieś inne zwierzę. Dzik? Wilk? Nie. Niemożliwe.

Odpędzam te absurdalne myśli i przeczesuję wzrokiem gęstwinę.

To takie dziwne. To takie… nienaturalne. Czuje się niekomfortowo. Ogarnia mnie niepokój, który dopada każdego, kto nie jest zaznajomiony z przyrodą.

Dla kogoś, kto całe życie mieszkał w dużym mieście, minuta na łonie natury okazuje się przerażająca. Chcę już wracać. Nie czuję się tu bezpiecznie.

Odwracam się na pięcie z zamiarem wyszukania auta, gdy nagle TO zauważam.

Oczy.

Patrzą na mnie oczy.

Dwa metry ode mnie, w mroku rzucanym przez wiekowy dąb, stoi zwierzę. Okazuje się nim przywiązany do drzewa pies. Na łańcuchu. Psiak, prawdziwy. I żywy.

Pies? Skąd?

Ale widzę. Przywiązany do drzewa na półmetrowym łańcuchu. To wręcz surrealistyczna scena.

Nasze spojrzenia się spotykają. Patrzymy na siebie. Staję, jak sparaliżowana. Nawet, gdybym mogła, nie poruszyłabym się. W tej nieruchomej scenie słyszę tylko ptaki lasu i szum wiatru tańczącego w liściach dębów i grabów.

W końcu mrugam powiekami. Zwierzę wygląda, jak mieszanka wilczura i labradora. Trudno mi ocenić. Po pierwsze: nie znam się. Po drugie: pies jest potwornie wychudzony. Jakby stał tu wiele dni.

Co on tu robi? Skąd się wziął?

Łańcuch, którym ktoś go przywiązał do drzewa, jest zadzierzgnięty wysoko. Nawet ja widzę, że jest za krótki, aby zwierz mógł się położyć i odpocząć. Musi stać. Inaczej się udusi.

Pociągam nosem i zauważam, że łapy są brązowe od skrzepłej krwi. Toczą ropę i brudny śluz. Wyraźnie czuję zapach rozkładu. Odór śmierci. To na pewno te rany tak cuchną. No i kark, zakrwawiony od szarpania łańcucha.

Z trudem przełykam ślinę. Gęstnieje mi w przełyku.

Patrzę na kark psiaka. Brunatna od zakrzepłej krwi sierść zdredowała się pomiędzy ogniwami łańcucha. Pies musi przyjmować te rany z pokorą. Nie może ich wylizać. Łańcuch jest za krótki. I wrzyna się w ciało.

Nie mogę na to patrzeć.

Kieruję uwagę niżej, ale tam wcale nie jest lepiej. Sierść odpadła od jego boków, a zakrwawione łapy kleją jej resztki, mieszając kołtuny z błotem leśnego runa. Żebra wystają na zewnątrz wychudzonego ciała. Dyszy ciężko.

Znów napotykam jego spojrzenie. Pies patrzy na mnie. W ciszy.

Ręce zaczynają mi drżeć. Nie rozumiem, dlaczego? Dlaczego ręce mi się trzęsą?

Wpatruję się w jego oczy.

Są smutne. Niosą nieopisaną głębię bólu i czegoś, czego nie mogę nawet nazwać.

Patrzą. We mnie. Do mojego środka.

To spojrzenie rozdziera mnie.

Nagle zginam się w amoku i upadam na kolana. Niespodziewanie czuję, jakby ktoś rozcinał mi serce. Fizyczny, tępy ból kuje mnie w środku, zalewając moje ciało falami zupełnie nieznanych mi dotąd emocji. Ze świstem wypuszczam powietrze i czuję, jak oblewa mnie zimny pot. Oddycham szybko. Płytko. Kłucie nie opuszcza mnie. Ten konkretny ból jest taki straszny. Taki nowy. Całkowicie nieznany. Dziwny. Taki… smutny. Taki bolesny.

Czuję piekące łzy, które same z siebie, bez mojego udziału, zaczynają moczyć moje policzki.

Być może jestem zblazowana, ale całą sobą wiem, jestem przekonana, że ten moment mojego życia jest absolutnie przełomowy.

On zmieni wszystko.

Zmienił.

Pies patrzy na mnie. Otwiera pysk i wykłada język na suche wargi. Biały. Pokryty krostami i ranami. Nawet nie jestem w stanie pojąć, jak bardzo chce mu się pić.

Trzy metry ode mnie płynie strumyk. On słyszy go dzień i noc. Czuje zapach zimnej wody. Widzi ptaki przylatujące, by ugasić pragnienie.

Podchodzę bliżej. Powoli.

Jezu. Jego szyja jest jedną raną. Łańcuch rozorał kark. Część żelaznej obroży zrosła się z tkanką brudnym strupem. Pies nie miał szans z człowiekiem, który go tu zostawił.

Na śmierć.

W oczach zwierzęcia uwięzionego do drzewa nie widzę żalu. Ani nienawiści. Po tym wszystkim, co go spotkało? Jak to w ogóle możliwe?

Nie widzę w nim wyrzutu.

Dostrzegam. Chociaż bardziej odczuwam, niż dostrzegam, że uwięzione zwierze emanuje żądzą. Pragnieniem. Słyszę je w swoim wnętrzu. Kołacze w moim sercu. Czuję wyraźnie jego największe pragnienie:

„Chcę żyć”.

On chce żyć.

Czy to taka zbrodnia, że tego chce?

Czym zawinił, aby umrzeć powolną, straszną śmiercią, przywiązany do drzewa, w samym środku odludzia?

Ocieram policzek rękawem i słyszę krzyki taty. Pewnie już się załatwił i pora ruszać dalej.

Ale ja widzę przywiązanego do drzewa psa. Skazanego na śmierć. Jego obraz wypala się w moim sercu już na zawsze. Wiem to.

Spoglądam na suchy nos, a zaraz potem w jego wilgotne, zaropiałe oczy. On już wie, że zaraz odejdę. Przeczuwa, że zostanie sam. I pojmuje, że jego męka niebawem powinna się zakończyć. Za kilka dni, może tydzień, będzie po wszystkim.

Zauważam, że jego tylne łapy zaczynają drżeć, gdy na moje nieme pożegnanie merda ogonem. Słabo. Z wysiłkiem, na który go nie stać. Ale jednak. Niczym wiechciem suchej słomy.

Odwracam się ze wstydem. Jakbym to ja skazała na śmierć tego psa. W amoku przekraczam mostek, niczym portal z koszmarnej krainy. Drepcę w stronę auta. W kierunku świata, który został przemieniony. Spojrzeniem zaropiałych oczu. Machaniem słomiastego ogona.

Mama zauważa to od razu.

– Czy coś się stało, kochanie?

Zacinam się w milczeniu i wsiadam na tylną kanapę. Zapinam pas. Pochylam się w bezcelowym poszukiwaniu przekąski. Na stacji paliw, miliony kilometrów stąd, w zupełnie innym multiwersum, kupiliśmy chipsy. Zdecydowanie powinnam je teraz napocząć. Ale ta gula w gardle…

– No! Rodzinka! – tata zatrzaskuje drzwi, odcinając nas od dźwięków lasu i przekręca kluczyk. – Pora w drogę!

Jego wesołość jest taka sama, jak zawsze, ale wydaje się zupełnie inna, niż przedtem. Niż przed chwilą. W całkiem innej epoce.

Ruszamy. Powoli. Koła szurają po kamykach.

Ucisk w klatce nie mija. Wręcz się nasila. Tępy. Smutny. Ściskający brzuch. Chcę by to minęło, ale nie chcę, by się skończyło. Jak to nazwać?

Przepełniają mnie emocje. Są jak zapach wiechcia słomy.

A ja przecież ani razu nigdy w życiu go nie widziałam.

Tata włącza kierunkowskaz. Zaczynamy ostatni etap trasy. Uśmiecha się i widzę ćwierkający wokół jego głowy wyśmienity humor. Niebawem zaczniemy wesołe wakacje. Domek już na nas czeka. I rybki. I grill. I rozśpiewane, wieczorne ogniska pełne radosnych piosenek…

Moje serce płacze. Tak bardzo mnie boli.

Te oczy.

To merdanie ogonem.

To… pożegnanie. Pożegnanie ze mną.

Skazany na śmierć pies. Na łańcuchu.

Niczego ode mnie nie chciał.

– Tato! Zatrzymaj się! – krzyczę nagle rozdzierająco. Rzuca mną na przedni fotel. Zatrzymujemy się gwałtownie. Szuter grzechocze o podwozie.

– Co się stało córeczko? – Mama, jak zwykle od razu wyczuwa, że coś się zmieniło.

– Zanim pojedziemy dalej, muszę coś załatwić – rzucam zdecydowanie, jak nigdy wcześniej.

– Co? – Tata rzuca rubaszny żart. – Nie zdążyłaś się załatwić?

Nie śmieję się z tej gry słów. Przepełnia mnie determinacja. Decyzja zapadła. Otwieram drzwi auta i wyskakuję na zewnątrz. Tata robi to samo. Po chwili jest już obok mnie i przygląda się z zaciekawieniem.

– Tato – patrzę w jego oczy, a on natychmiast poważnieje. – Otwórz bagażnik i wyjmij coś, czym przetnę stalowy łańcuch. Albo drzewo. Takie grubości pięści.

– Pewnie! – Ojciec o nic nie dopytuje. Podchodzi do bagażnika. Nawykiem wyniosłym z poprzedniego ustroju, zawsze wozi skrzynkę z podręcznymi narzędziami. Wie, że nie może teraz zadawać pytań. Nie chce wyjaśnień. Nie oczekuje ich. Kocham go za to.

– Córcia… – mama czuje sercem, że jej dawne dziecko przestało istnieć. Że zostało w tamtym lesie. Za mostem z popękanego żelazobetonu. Ona rozumie, że choć tego najbardziej na świecie pragnie, nie może mnie teraz przytulić. Nie czas na to. Matki tak mają. Nie zawsze rozumieją, a przeważnie czują. – Czy coś się stało? – pyta łagodnie.

– Tak – odpowiadam, ściskając jej ramię. – Stało się. Stanie się…

Tato otwiera skrzynkę. Od razu chwytam kombinerki i ręczną piłę do cięcia drzewa.

– Zaraz wrócę, mamo. Tato! – ojciec patrzy na mnie poważnie i czeka na sygnał. – Chodź! Musimy zrobić coś ważnego.

Bez słów idzie za mną, przez spękaną połać parkingu, w stronę skruszonego, betonowego mostku. Serce łomocze mi w piersi. Ręce mocno zaciskają kombinerki.

Po drogiej stronie rzeczki został mój przyjaciel.

Uwięziony na półmetrowym łańcuchu. Skazany na śmierć.

Właśnie idę go uwolnić.


Dopisek:

Czasem jedna chwila zmienia wszystko. Jeżeli żyjesz choć jeden dzień na tym świecie – musisz się z tym zgodzić. Nie ma większego, prawdziwszego truizmu, co nie? Ale, cóż, nie mnie się z tą prawdą sprzeczać. 

Tekst miał wywołać emocje. Silne. Mam nadzieję, że mi się to udało. Historia jest w 100% wymyślona, ale sytuacja często już nie do końca. 

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *