Ja wiem, że nie urodziłeś się wczoraj.
I w niejednych butach przeszedłeś wiele mil.
Witaj w klubie.
Wyobraź sobie przez moment, że patrzę w Twoje oczy. I spotykamy się w jednej sekundzie wzajemnego zrozumienia.
Widzę Cię.
Czy jadę po bandzie? Ale, co mi tam… dziś, jako pisarzowi – wolno mi 😉
Ale wracając…
Wiesz, co mi się wydaje?
Ano wydaje mi się to, że patrzysz na świat od dawna, obdarzając go bystrym oczu spojrzeniem. I chociaż przeniosłeś tony trosk i zobowiązań. Przegniotłeś w moździerzu trudności twarde ziarna doświadczenia. Doświadczyłeś od ludzi zarówno zła, jak i dobra, to zdarza Ci się, że ciągle szukasz ukrytego sensu. Sensu w TYM WSZYSTKIM. Znaczenia schowanego za drugim człowiekiem.
Wielu z nas ma czasem chęć trzasnąć drzwiami i po prosu wyjść. Uciec w ciemną noc. W dowolnym kierunku. Byle gdzie. Ale nie po to, by zniknąć i rozpłynąć się w nicości.
Uciekamy, by powrócić lepszym, naprawionym, silniejszym. I nie powrócić samotnie, ale w towarzystwie. Towarzystwie siebie samego.
Dlatego wielu z nas szuka samotności. Ale nie samotności będącej tęsknotą za drugim człowiekiem. Mam na myśli tę wyjątkową samotność, będącą czasem rozpaczliwym wołaniem tęsknoty za sobą samym.
Bo czy pamiętamy jeszcze o sobie? Kim jesteśmy? Po co tu jesteśmy? Nie: jaką jesteśmy „funkcją”, „rolą”, „obowiązkiem”, czy innym zagłuszaczem własnego JA, ale PO CO TU JESTEŚMY?
Patrzę na Ciebie. Powiedz mi: po co tu jesteś?
To niełatwe pytanie, prawda?
A odpowiedź często bywa trudniejsza. Wierz mi.
Dlatego czasem potrzeba ciszy. Zatrzymania.
Czasem trzeba po prostu zanurzyć się w wannie pełnej gorącej wody. Zamknąć oczy i BYĆ.
Pozwól sobie, by zapomnieć, że zajmujesz jedyną łazienkę, która może być potrzebna innym. Raz na jakiś czas miej wywalone na to wszystko. Po prostu zamknij oczy i ciesz się. Doświadczaj. Poczuj.
Pewnie zapytasz, czy ta samotność to tak naprawdę jest potrzebna?
Czy naprawdę?
Czy nie uciekamy po prostu od wyrządzonego nam zła?
I wpadamy w świat iluzji prawdziwego życia cuchnącego mdłą telenowelą?
Zachwycamy się, patrząc na pełne sukcesu uśmiechnięte twarze tych, którym „się udało”. Podrygujemy w rytm ich zwycięskiego tańca na podium życia. Bijemy brawo.
Wielu z nas pomiędzy klaśnięciami dłoni zaciska pięści. Wielu z nas ociera gorzką łzę.
Jednocześnie odwracamy wzrok od spojrzenia tych, których los wyrzucił na śmietnik historii.
Uczono nas wszak, ile wart jest ten, kto nie daje żadnej wartości. Czy widzimy w nim jeszcze człowieka? Czy człowiek piszący swoją „nieistotną” historię na nawiasie życia, nadal pozostaje człowiekiem?
Wyciągniemy rękę do tego, kto o pomoc nigdy nie poprosi?
Jesteśmy zdolni do wszystkiego. My – ludzie. W dobrym i złym znaczeniu. Bez absolutnie żadnych granic.
I to nic nowego. Ty to przecież wiesz.
Ale…
Czasami rankiem dopada mnie niechciana myśl. Dręczące pytanie. Zatrzymuje mnie na środku przejścia dla pieszych autostrady życia. Zatrzymuję się, chociaż wiem, że niedługo skończy migać „zielone”.
Patrzę w oblicze, na którym rysują się zmarszczki malowane pędzlem uśmiechów i zgryzoty.
Oblicze przykryte cyferblatem zmarnowanego czasu. I wtedy, pomiędzy pierwszym, a ostatnim pociągnięciem maszynki do golenia, widzę w tej twarzy pytanie, którego nie znoszę. Nie cierpię, gdy ten w lustrze zadaje mi to pytanie.
Bo nie znam odpowiedzi na to…
Jak to jest, że ludzie bez światła w martwych oczach potrafią widzieć piękno w drugim człowieku?
Jak to jest, że ludzie bez nóg potrafią tańczyć w rytm pełnego życia bicia ludzkich serc?
Jak to jest, że ludzie bez rąk tworzą cudowne rzeczy za pomocą swoich umysłów i wytrwałości?
Jak to jest, że ludzie niemi śpiewają swoją ciszą cudowną pieśń życia?
Jak to jest, że ludzie głusi słyszą Twój obraz nie taki, jaki malujesz światu, ale jaki naprawdę jest?
Onieśmiela mnie bezmiar potencjału ludzkiej cudowności.
Dlatego nie cierpię tych pytań.
Może dlatego nie lubię się golić?
Add a Comment