Pisać głęboko…

Eh, te dylematy.

Pisać głęboko, czy płytko? Pisać pomiędzy wierszami, czy totalnie wprost? Ale tak prosto w twarz, normalnie? Czy to w ogóle się godzi, tak wprost? Czy przystoi współczesnemu twórcy, który nauczony, był meandrować pomiędzy falami wyobrażeń antycznych filozofów i artystów rzucał myśl i obraz totalnie bez przetworzenia w stanie surowym?

Usłyszałem ostatnio, że współczesne pokolenie odbiorców wcale nie przetwarza i nie analizuje, lecz wyłącznie konsumuje. Słowo pisane również. Nie wolno rzucać im przed oczy skrobią, czy miodem. Oni tego nie przetrawią. Chcą wyłącznie czystej glukozy.

Tym trzeba słodzić każdą historię.

Aż mnie skręca, normalnie. Niedobrze się robi.

Co zrobić w takiej sytuacji?

Skasować wszystko, co napisałem? To zawiła, skomplikowana historia.

Ale, o co chodzi?

W mojej powstającej powieści, opisującej proceder porywania ludzi oraz wszelkie związane z tym okropności, miałem rozdrapać do krwistej głębi wyobrażenia dotyczące strachu przed cierpieniem, bólem i śmiercią. Dotarłem jednak do ściany.

Po analizie współczesnych zdolności odbioru tekstu i zrozumienia czytelnika, nie pozostaje mi nic innego, jak pisać wprost. Otwarcie. Krótkimi zdaniami. Z dużą ilością werbalnych generatorów dopaminy.

Cały dotychczas napisany materiał jest skomplikowany, sugestywny, przesycony alegoriami, podtekstami, obrazami. Są literackie i emocjonalne pułapki oraz plot-twisty. Powiedziane czasem słowo wprost nie wywoła takiej reakcji, jak obudowana historią scena. Wiem, o czym piszę. Doprowadzałem już innych do łez moimi słowami.

Ale może to kres analitycznej literackiej i lirycznej głębi? Może została tylko rozrywka i konsumpcja?

Spoiler:

Pracuję nad sceną, którą rozpoczyna się obrazem udręczonej dziewczyny budzącej się z odurzenia narkotycznego. Dziewczyny będącej w obcym miejscu, wśród obcych ludzi. W obcym kraju. Zmaltretowanej. Dziewczyna ta, będąc radosną i tańczącą poprzedniej nocy, budzi się po urwanym filmie, mając na nadgarstkach ślady za ciasno zapiętych kajdanek. Lub zbyt szarpanych nadgarstków. Widzi siebie w odbiciu. Jest zbrukana i splugawiona. W lustrze patrzy na siniaki rozlewające się tępym bólem na jej ciele.

I tyle opisu chyba wystarczy.

Długi, obrazowy i sugestywny opis jej sceny, która zgodnie z zasadą „show, don`t tell” odsłania jej beznadziejną sytuację, ukazuje jej uświadomienie sobie prawdy. Prawdy, która mówi, że zanim zostanie wymazana z kart powieści, dużo się jeszcze nacierpi. I że to będzie koszmar. I nie ma nadziei. Chociaż ten, kto podnosi na nią rękę, zapewnia ją, że przeżyje.

I gdy rozkręca się w swoich rozmyślaniach, sycząc z bólu zauważa kątem oka, że mosiężna klamka do pokoju opada a do środka wchodzi on…

Eh, długo gadać. Niemniej…

No i tu mam dylemat.

Mój przyjaciel po piórze, Jakub Luberda, wspomina nieraz, że jego bohaterowie są niesforni i kapryśni. Bezczelnie wręcz tworzą własną historię. Zapominają, że tak naprawdę wcale nie istnieją i nie chcą słuchać się scenariusza. Nie chcą grać według roli, przypisanej jej przez tego, kto dzierży pióro i ma władzę nad ich życiem i śmiercią. Nawet fikcyjne postaci buntują się przeciw swemu stwórcy, sięgając po owoc zakazany literackiej niezależności.

Coś mi to przypomina…

I ci zbuntowani bohaterowie nie chcą mówić po „pisarsku”. Chcą mówić po „swojemu”. Najczęściej rujnując całą, skrupulatnie zaplanowaną historię.

Czasem pisząc ich słowa aż mnie skręca, że takie durnoty wygadują. Ale jest moment, gdy z pisarza zamieniam się w kronikarza.

Więc…

Mój literacki morderca zadał mi pytanie, którego się nie spodziewałem:

Kto przeżywa większą tragedię?

Nauczona uśmiechu i słodkości księżniczka, która protokołem dworskim musi się uśmiechać, tańczyć i jednorożcować dookoła? Kłaniać się, uściskiwać, szczęśliwować wszystkim, będą w środku przeżartą śmiercionośnym jadem beznadziei? Będąc toczona trucizną depresji, żalu, bezsilności i chęci zniknięcia z toczącej się wokół słodkiej, koszmarnej bajki…

A może większą tragedię przeżywa…

Bezlitosny król ciemności, który otoczony armią bezwzględnych morderców, najemników i żądnych mordu oraz rabunku zbrodniarzy nie chce wydać rozkazu, by wyruszyć na kolejny kraj, by mordować, rabować i gwałcić? Bo nie chce już być złym. Nie chce więcej być źródłem nieszczęść. Nie daje mu to już spełnienia. I nie chce służyć siłom zła. Bo po prostu czuje szczęście i spełnienie wyłącznie wtedy, gdy w zaciszu zamkowej kuchni popija zieloną herbatę, wdając się w żartobliwą pogawędkę ze służbą. Gryząc udko pieczonego indyka może śmiać się do łez, udając, że te mokre oczy wyłącznie z powodu zbyt sucho upieczonego mięsa. Albo, gdy maluje pejzaż widoczny z północnego okna swojej komnaty, przyłapany przez komendanta tłumaczy, że planuje nową zbrojownię ulokowaną za pagórkiem. A pejzaż ma ukazać, czy promienie słońca nie oślepią obrońców ulokowanych na blankach.

Czy ta księżniczka, która jest w środku nieszczęśliwa, a na zewnątrz radosna, niczym Robin Williams, cierpi bardziej, niż ten, który jest uwięzionym przez otoczenie i środowisko uosobieniem zła, ale jego jedynym pragnieniem jest stanie się dobrym, bo nic go tak nie unieszczęśliwia, jak tworzone przez niego nieszczęścia?

Skazany na więzienie zobowiązań, ról, funkcji, przyzwyczajeń i strachu.

Jak to pokonać?

Kto w ogóle zadaje sobie tak bezsensowne pytanie?

Mój ostatni post został określony, jako „smutny”.

Z całą serdeczną, przepełnionym uściskami ciepłem mówię, że pozory mylą.

Ja zawsze piszę pomiędzy wierszami.

I zawsze nie wprost.

I Ty to rozumiesz. Ale milczysz. Nie reagujesz. Bo piszę tylko do ciebie. Nie do wszystkich.

W świecie mroku jest naprawdę wiele radości.

I lepiej więcej się nie rozpisywać.

 

Cóż… wspaniałego weekendu dla Ciebie.

Nadchodzą bardzo fajne dni.

 

 

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *