Siedem lat temu narodził się Człowiek

Siedem lat temu narodził się Człowiek.

Spieszyło mu się, by objawić się na tej płaszczyźnie. Jego zarys charakteru, widoczny tak klarownie dzisiaj, nawet w łonie dał o sobie znać.

Czytając we wspomnieniach widzę tamtejsze powody pośpiechu lekarzy, ich nerwowe odliczanie czasu. Pośpiech gnany walką o życie. Natychmiastowy pęd na blok. Znieczulenie. Operacja. Niepewność. Cisza. Zawieszone w niepewnej przestrzeni kroki w pustej poczekalni szpitala PRO-FAMILIA.

Ważył tyle, co paczka cukru (kilogram), ale okazał się bezgranicznie słodszy. I pamiętam ten moment, gdy drzwi do bloku operacyjnego otworzyły się i wybiegło przez nie kilku lekarzy, pchając wózek z NIM. Miałem sekundę, by tak, jak przystało na ojca, przywitać potomka na tym świecie. W biegu. Po chwili zniknął już, zostawiając za sobą obietnicę.

Renia jeszcze nie doszła do siebie, ale ja słyszałem już: mało szans na powodzenie. Niewiele powodów do budowania w sobie nadziei. Skrajny hipotrofik. Niedowaga. Wcześniak…

Oni nie dawali nadziei wiele, ale ja byłem jej pełen. Nawet więcej: byłem pewny! Pewny, że wszystko się ułoży tak, jak najlepiej ma być.

Znasz takie momenty w życiu. Czasem po prostu coś się wie! Autorytety i tzw. mądre głowy mogą sobie gadać, co chcą! W końcu my też nie jesteśmy głupi. Nie urodziliśmy się wczoraj.

Słyszałem później: niedotlenienie, niebezpieczeństwo, pępowina, KTG, serce, USG, ryzyko… i jeszcze wiele innych definicji oraz powodów.

Ale, jak to w życiu bywa: cudowne zdarzenia rodzą się w cieniu zagrożenia. Wykluwają się z kłopotów i wizji najgorszego. Że nie użyję innego, strasznego słowa.

I tak oto pojawił się mój syn.

Mógłbym pisać naprawdę długo. O szczęściu i strachu skręcającym trzewia. O spełnieniu, ojcowskiej miłości do syna (miłości do córki nauczyła mnie Martyna). O dumie, podziwie, zachwycie, szaleństwie. O zgrzytaniu zębami z nerwów i bezsilności. O zadziwieniu, wdzięczności, wyrzeczeniu, wytrwałości i słodkim obowiązku. Rehabilitacji, ćwiczeniach, płaczu i buncie rzucanym fizjoterapeutom. Ja wiem, że jego zdecydowany charakter zaczął się wykluwać wyraźnie już w respiratorze, ale przy sesjach ze specjalistami od rehabilitacji miał wręcz żniwa 🙂

Nie będę o tym pisać. O tych miesiącach i latach. A mógłbym, wierz mi, napisać to w sposób ciekawy i zajmujący. Wiem, jak to zrobić.  Teraz wolę narysować Ci obraz przytulenia małego, wspaniałego człowieka, który przecież nie do mnie należy, ale jeszcze jest ode mnie zależny. Ode mnie i od Renaty, rzecz jasna.

Mógłbym opowiadać długo. Ale słowa, nawet te tworzone przeze mnie, nie oddadzą tego w najmniejszym stopniu.

7 lat. Wszystkiego najlepszego, Synu.

 

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *