Syreny

Słyszę syreny alarmowe. Ich wycie roznosi się po moim mieście, odbijając od ścian skruszonych wojną kamienic. Wnika do pustych mieszkań wybitymi oczodołami okien i penetruje cuchnące pustką kwatery. Kosztując nieobecności mieszkańców, zapada się w sobie falą, by zaniknąć w zatęchłych dywanach i draperiach. Modulowany wydźwięk zwiastujący ratunek, lub atak – nie ustaje. Zawieszony w aurze strachu zaśpiew, nawołuje i penetruje na wskroś, szukając tych, którym strach zgruchotał serca i wolę. Niczym wszystkowidzące oko Saurona – patrzy. Przenika. Świdruje duszę.

Nie pamiętam, od jak dawna błąkam się po ulicach, przemykając i kryjąc przed wrogiem. Strach wypalił w moim sercu krater i zamieszkał w nim, zajmując sporą połać mej duszy.

Patrząc na moje zrujnowane miasto, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że największym wrogiem dla człowieka zawsze był inny człowiek.

Strzaskany gruz chrobocze pod butami, aczkolwiek staram się przemieszczać tak cicho, jak to tylko możliwe. Jaźnią obejmuję to, co mnie otacza – wieczna noc i wiekuista zima.

Od czasu pierwszego bombardowania, na niebie nie pojawiło się już słońce. A śnieg, który spadł tydzień później, zakrył piekło wojny, jakby chciał zamieść wszystkie błędy świata pod swój czysty bielą dywan. Ale to wydarzyło się tak dawno, że nie ma nikogo, kto by to pamiętał.

Zresztą, i tak nie ma nikogo.

Oparty plecami o kawałek zimnej ściany rozmyślam i nasłuchuję. Wrogowie ulokowali się daleko ode mnie. Ale w tej wojnie odległość nie ma znaczenia. Można razić nienawiścią i śmiercią na dowolną odległość. Zimno przenika warstwy mojej wojskowej kurtki i zaczyna kąsać w płuca. Kucam, dając sobie szansę na wygenerowanie choćby odrobiny własnego ciepła.

Modulowany dźwięk syren odbija się echem po rumowiskach i sterczących ścianach pełnych kiedyś życia kamienic. Szuka mnie. Niczym echo statku podwodnego, wysyła impuls echosondy i nasłuchuje rezonansu mojej duszy. By wskazać drogę wrogom i dopaść ostatniego, który pozostał przy życiu.

Nic nie mogę zrobić. Zresztą, kryjówka zdaje się solidna. Przez godzinę powinienem czuć się bezpiecznie, więc dla zabicia czasu, zaczynam rozmyślać.

Wspomninam lata dzieciństwa, którego nigdy tak naprawdę nie było mi dane posmakować. Żyliśmy z rówieśnikami pod pręgierzem ciągłego strachu i oczekiwania na atak. Nawet nasze zabawy przypominały igraszki lwiątek z lwicą. Nauka kąsania, ucieczki, ataku. Strategii zadawania bólu i zabijania. Zabawy szykowały nas na walkę i przeżycie. Ponieważ ludzie musieli przetrwać.

 Wracam do wspomnień, gdy Starsi, którzy już odeszli, mówili nieraz o Słońcu. O cieple. Wspominali o pokoju. I spokoju, który panował pomiędzy ludźmi. Echa minionych dni, które na wieczność miały pozostać jednorazowym epizodem w dziele Ewolucji, malowały na ich obliczach tak potworny ból, jakiego nie zadał im żaden wróg. Jakby żal, za tym, co minione, był potworniejszy od samej wojny. Widzę pod powiekami sceny, których wtedy nie rozumiałem. Starszyzna siedzi w bunkrze wstrząsanym dudnieniem eksplozji. Wszyscy mają łzy w oczach, ale ja wiem, że nie płaczą ze strachu.

Pewnie wspominali mityczne zachody słońca nad brzegiem legendarnego jeziora. Cóż, słońce umarło pół wieku temu. Gdy było nas miliardy. Dzisiaj pozostałem tylko ja. Od roku nie spotkałem żywego człowieka. Od czasu, gdy obserwowałem śmierć mojej ukochanej. Ale była ostatnią kobietą, jaką miałem spotkać w życiu. Czy mogłem jej nie kochać?

Siedzę nieruchomo, a syreny ciągle wyją w odległym zakątku miasta ruin.

Sięgam pamięcią najdalej w przeszłość, ale nie mogę sobie przypomnieć, czy to, o czym mówili Starsi miało faktycznie miejsce. Mówili, że to stało się przed moim narodzeniem, więc siłą rzeczy nie mogę tego pamiętać.

W moim życiu od zawsze pamiętam wieczną, zimną noc. Ucieczkę i walkę. Pamiętam śmierć – naszą najbliższą towarzyszkę.

W tej wojnie przegrali wszyscy. Pozostałem tylko ja. No i syreny, które pozostaną wiecznie żywe, niosąc zaśpiew pochwalny upadku cywilizacji człowieka. Dzierżą go i będą nieść. Nikomu i na zawsze. Niczym wiecznie palący się znicz, który swym ciepłem nikogo nie ogrzeje, a blaskiem żadnego oka nie obdarzy. Zaangażowany, lecz niepotrzebny. Niczym spiżowy pomnik ku czci zapomnianych bohaterów.

Wyrywam się z rozmyślań. Zdawało mi się, że coś poruszyło się z lewej flanki. Czekam oparty o ścianę. Już nie wiem, na co czekam.

Nic już się nie wydarzy. Już po wszystkim.

Zwały gruzu dawnej cywilizacji nie mają dla mnie żadnej wartości, o ile służą za moje schronienie. Poza tym – to martwa, przepełniona samotnością kraina.

Powoli zapominam, jak wygląda inny człowiek. Co to jest twarz, uśmiech, słowo. Z trudem mogę sobie przypomnieć dotyk dłoni kogoś innego. I to, jak jego oczy gasną, gdy przychodzi po niego śmierć. Od wielu miesięcy zdarza mi się mówić do siebie. Lub, co gorsza, do zwałów gruzu, głazów, lub wyrzeźbionych ręką wojennego artysty dziur w murze. Choćby tylko z grubsza przypominały kształt drugiego człowieka.

Drugiego człowieka.

Tak dziwnie to brzmi.

Drugiego…

Epoka ta skończy się z chwilą  mojego odejścia. Nie wiem, czy to dobrze… Starsi mówili o historii, ale nie do końca im wierzyłem. Przecież nie mogli udowodnić istnienia zachodu Słońca. Mimo to, wierzyliśmy im na słowo.

Podobno takich miast, jak moje było tysiące. W tych miastach żyli kiedyś podobno ludzie tacy, jak ja. W to mogę uwierzyć, bo widzę ulice i budynki. I to, co z nich zostało. Ale to, że wiedli całkowicie inne życie ode mnie, nie mieściło się w granicach mojej wyobraźni.

   Druga kryjówka jest niedaleko stąd. Już jej nie potrzebuję, nie mam siły się przed nikim chować. To miasto jest martwe. Ten świat został wyssany z życia. Tu nie ma nawet szczurów.

A ja po prostu siedzę i rozmyślam.

Nagle w błysku absolutnego zdumienia uświadamiam sobie, że jeszcze nigdy w życiu nie czułem takiego spokoju. Prawie czuję zapach ciszy. Tylko syreny swym wyciem chcą, bym uwierzył w ten świat. Zwodzą mnie, że ktoś przeżył, że włączył sygnał. Ale ja wiem, że to kłamstwo. Kłamstwo wrogów, bezdusznych i zimnych, jak ten mur za moimi plecami.

Lodowaty wiatr chłoszcze mnie po twarzy. Czarne czeluście zwalonych budowli wyglądają, jak groteskowy plac zabaw wściekłego boga. Świszczący wiatr nanosi śnieg, tworząc zaspy               i nawisy. Wraki pojazdów, popękane ulice, połamane latarnie. Zgroza. Miasto duchów. To martwe miejsce.

Co robić? Nie chcę wstawać. Wolę rozmyślać. Temat nasuwa się od razu.

Wiara.

Starsi wierzyli, że z chwilą swej śmierci przeniosą się do Krainy Słońca. Krainy cudownej, gdzie nie ma zimna i śniegu. Miejsca, gdzie nie istnieje strach. Podobno ma tam świecić legendarne Słońce. I najważniejsze: nie słychać syren. Właściwie nic nie mówili o tym, czy je słychać, ale skoro to takie cudowne miejsce, nie może ich tam być. No i na pewno nie ma tam wrogów. Brak jest nienawiści i strachu. I jest drugi człowiek.

Drugi.

Człowiek.

Poczułem chęć porozmawiania z fragmentem ściany, który leżał obok mnie na gruzowisku. Czy mam się przywitać, czy od razu zaczynać opowieść o tym, jak mi minęła poprzednia noc? A jak nie zechce słuchać? Czy będzie mi głupio? Jak ostatnio, gdy odezwałem się do pogniecionej siłą upadku lodówki a ona nie wykazała zainteresowania?

Smutek nie wyciska już łez. Raczej czuję, jak buduje obojętność.

Starsi wierzyli. A ja wyobrażam sobie tych, co odeszli. Stoją skąpani w mitycznym ciepłym blasku, są szczęśliwi, uśmiechają się. Nie są głodni i nie muszą uciekać.

Zimny mur obejmuje moje plecy. Zamykam oczy.

Nie wiem, dlaczego wszystkich spotkała Śmierć. Nie rozumiem, dlaczego mnie ominęła. Może dlatego, że już byłem dla świata martwy. Nie wiem. Na pewno nie chcę się stąd ruszać. Miejsce, jak każde inne. Nie chcę myśleć o przyszłości. Potem się nad tym zastanowię. Oczywiście jeżeli będzie jakieś ”potem”.

Zimno wnika we mnie coraz głębiej. Czuję, że nogi mi zdrętwiały. To pierwsze oznaki odmrożenia. Nie zależy mi.

   Nadal nie otwieram oczu.

   Podobno przed tym strasznym dniem, gdy istniał jeszcze stary kontynent, ludzie nie lubili zimna. Bali się go. Wydaje mi się, że to takie wygodne, czegoś nie lubić. Oczywiście, można, jeżeli ma się jakiś wybór. Jakąś alternatywę.

   Próbuję wyobrazić sobie ciepło Słońca. Ciepło. To takie dziwne słowo. Takie magiczne. Zasiewam na całej parceli mojej jaźni obraz, który kiełkując karmi się życiem mitycznego Słońca. Obrazem życia, spokoju i tego ciepła właśnie. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek rozumiał znaczenie tych słów, ale odnoszę wrażenie, gdzieś tam w środku, że znam ich istotę.

Nagle wyraźnie czuję, jakbym słyszał wołanie. Z góry. Bez zastanowienia wzbijam się ponad siebie, ponad miasto, ponad wycie syren świdrujących moją duszę. Wzlatuję wysoko. Próbuję odnaleźć Krainę Słońca. Ona na pewno gdzieś tam jest. Musi być. Płynę więc poprzez czas, i na wskroś krainy ludzkiej doczesności. Szybuję ponad materialny świat, zasnuty czarnymi chmurami. Ponad mrok, ból i strach. I samotność. Zostawiam w dole miażdżącą pustkę za drugim człowiekiem. Odchodzę od strefy wojny. Opuszczam planetę zapomnianą przez Boga. Porzuconą przez własnego Stwórcę i właściciela. Pozostawioną w objęciu wiecznej samotności w mroku zimnego kosmosu.

Nie ustaję w wędrówce. Ma jaźń mknie przez pustkę. Zostawiam za sobą przeszłość i przyszłość. Obrazy ulatują z mej świadomości, niczym wyprany pergamin pozbywa się zapisanego na nim przepisu na szczęście. Opuszcza mnie nawet Śmierć, która od zawsze jest moją najwierniejszą towarzyszką. Po prostu, bez wysiłku wzlatuję ponad nią. Zostaje w tyle. Daleko. W martwym, samotnym wszechświecie.

Mija jakiś czas, którego nie da się zmierzyć. Nagle przed oczami eksploduje mi blask.

Przepełniony bezgranicznym zdumieniem patrzę na twarze… Starszych. Wyraźnie czuję ciepło i poznaję nigdy nie widziany blask Słońca. Nigdy do tej pory go nie widziałem, ale bezsprzecznie znam ten malujący na czerwono pod powiekami życiodajny blask. Jakby był od zawsze zapisany w moim sercu. Otoczenie żyje i faluje detalami. Chociaż widzę je pierwszy raz, rozpoznaję od razu miliony kolorów, roślin, kwiatów. Zielone łąki i ciepłe potoki. Płynę lekko ponad tą cudowną krainą. Obok mojego ucha bzyczy pszczoła. Ciepły wiatr rozwiewa włosy.

W dole, poniżej widzę ludzi. Żywych! Rozpoznaję nawet niewidzianych od dekad znajomych. Z nadmiaru wrażeń rozpuszczam się zanikającą jaźnią, i kierowany przez obcą rękę oraz prądy wzlatuję w Blask, który mnie przenika. Ląduję na mokrej od rosy świeżej trawie. Bławatki i stokrotki łaskoczą moje ciało. Jestem taki senny. Prześpię się chwilę. Potem… Nie ma żadnego „potem”. Czuję się cudownie. Tak musi wyglądać Kraina Słońca. Po mojej ręce spacerują mrówki, a we włosach coś mi zamieszkało. Biedronka? Pająk? A kogo to obchodzi, skoro jest żywe?

Układam się do snu. Jestem zmęczony. Leżę na boku. Nie pamiętam momentu, kiedy zasypiam.

 

Rozbudza mnie lekkie szturchnięcie.

– Hej – słyszę nagle na pograniczu snu. – Wstawaj, kochany.

Co się dzieje? Słyszę czyjś wesoły głos. Ale to niemożliwe, przecież wszyscy umarli. Niemożliwe jest też to, że nie czuję zimna. I jest… jasno?

– Obudź się – ten sam człowiek ponownie odzywa się do mnie łagodnie – otwórz oczy i spójrz.

Znam. Pamiętam ten głos Zrywam się na równe nogi. To ona. Jej żywa, bez wątpienia, twarz uśmiecha się. Rozglądam się zdumiony. Nie ma zimy, ani ciemności. Nie słychać syren. A ja siedzę na miękkiej łące w Krainie Słońca. I czuję ciepło. Czyli to nie był sen. A może martwe miasto wyjących syren było majakiem?

– No i co się dziwisz? – odzywa się radośnie, jakby czekała na mnie od dawna. – W końcu musiałeś się tu pojawić.

– Tu? – pytam zdumiony. – Co to za miejsce?

Czuje się dziwnie odzywając się do żywego człowieka.

Do niej. Towarzyszki, której ciało prawie rok temu rozszarpał wróg. Nie zostało mi po niej nic, prócz gasnącego ciepła w środku, i stygnącej szybko pamięci dotyku.

Ale to ona. Dotyka mnie. Widzę w jej oczach coś dziwnego. Nie daje mi to spokoju. Coś, czego nie pamiętam. Patrzy na mnie jakoś tak…

– Jak się właśnie przekonałeś – przerywa mi moje rozmyślania – ci, którzy nie wierzą również tu przybywają.

– Ale. Co się stało? – dukam.

– Stało się coś ważnego – odpowiada, patrząc we mnie dziwnym wyrazem oczu. – Przybyłeś. Jako ostatni. Czekaliśmy na ciebie. I teraz możemy wreszcie iść dalej. Razem.

Znowu to spojrzenie. Świder świadomości drąży w mej pamięci w poszukiwaniu bodźców, które pomogą mi zrozumieć. Pojąć to spojrzenie, którym ślizga się po mojej duszy. Nagle, całkowicie zszokowany rozpoznaję to coś. Tak. Przypominam sobie. W jej oczach rozpoznaję miłość. Ściska mnie w dołku. Tak mocno. Przypominam sobie, jak można i należy patrzeć w ten sposób. Na nią.

Nic nie mówię. Zaglądam w nią oczami pełnymi miłości.

Rozumie spojrzenie i przyjmuje uczucie.

– Nareszcie do nas wróciłeś – odzywa się w końcu. – Czekałam bardzo długo, choć tutaj nie da się tego zmierzyć. A ty – pogłaskała mnie po policzku ciepłą dłonią – Zostawiłeś za sobą martwy Świat. I już nigdy tam nie wrócisz.

Pora ruszyć dalej.

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *