Szczęście jest przereklamowane

Wczoraj mieliśmy wyjątkowych gości. No i zainspirowali mnie. Chociaż piszę od jakiegoś czasu tylko do szuflady, postanowiłem coś wrzucić. Trochę wbrew sobie, ale to nie o mnie tu chodzi.

 

Jeżeli dotrwasz do końca, dostaniesz moje najwyższe uznanie i żółwika. Z piąstki, nie takiego ze sklepu zoologicznego. I może kawałek szarlotki.

A nie. Sorry. Szarlotka wyszła 😉

 

***

To musiało kiedyś nadejść.

Próba zmierzenia się z nieuchronnym tematem. Topikiem, którego osobiście nie lubię i mierzi mnie, jak swędzenie po ukąszeniu stu komarów. Chociaż lepszym porównaniem byłoby świadome i celowe bieganie w samych gaciach po polu gigantycznych pokrzyw.

Ale o co mi chodzi?

Otoczę to prawdziwą historią.

 

Styczeń.

Czternastego, będąc dokładnym.

Wychodzę z klatki schodowej. Mróz skrzypi śniegiem pod butami. Już pierwszy wdech mrozi mi płuca. Ziąb wymierza mi siarczysty policzek. Nie muszę nadstawiać drugiego, żeby w niego dostać z mroźnego liścia. Rozglądam się dookoła. W oddali daje się słyszeć tylko ciszę szepczącą pomiędzy blokami osiedla. Wytłumienie jest wręcz doskonałe. Po całonocnych opadach wcale to nie dziwi.

Rozłożony na gałęziach iglaków śnieg przygniata je do gruntu.

Patrzę w niebo, które przecinają stada czarnych ptaków. Skrzeczą i nawołują.

Niebo… jest tak wściekle błękitne, że prawie nierealne. Takie sklepienie może być malowane wyłącznie słońcem styczniowego mrozu o poranku lub ręką natchnionego artysty.

Zatrzymuję się i słucham ciszy. Siarczysty mróz świdruje w nosie. Obłoki pary wędrują w górę, niczym kłęby dymu z komina parostatku.

Brutalnie odgarnięta pługiem z chodnika niewinna połać śniegu tworzy groteskową zaspę. Żółte na niej plamy pozwalają dedukować, że dzielę ten kawałek podłogi wespół z czworonogami, dla których mój chodnik stał się toaletą.

Stoję tak i nagle uderza mnie myśl.

Pojęcia nie wiem, skąd.

Sam nigdy bym na to nie wpadł.

Ale czasami, raz lub dwa, każdy z nas coś „usłyszy”, prawda?

Co zatem do mnie dotarło?

Ano to, że ludzie chcą szczęścia. Szukają go rozpaczliwie. A często nawet nie potrafią zdefiniować, co ono tak naprawdę oznacza. Co to takiego to mityczne szczęście? Ilu to zatraca się w tej pogoni za tym mglistym, niczym środek starej kotłowni mitycznym… jak to określić? Uczuciem? Czuciem? Stanem? Hmm… pojęcia nie mam.

Co to do cholery za pytanie, pewnie obruszy się wielu znawców. Przecież wiadomo, co to szczęście.

Serio?

Klarownej i jednoznacznej definicji rzecz jasna nie uświadczy. Każdy ma swoją. Nikt nie ma własnej. Każdy się myli i wszyscy mają rację.

Dlaczego?

Tym razem postaram się pisać lekko i puchato.

 

Jak ten miękki śnieg śpiący na iglakach. Jak ten biały dywan na materacu z trawnika, który zdobią żółte tatuaże po wycieczkach naszych braci mniejszych.

Szczęście jest przereklamowane. Zawsze tak uważałem. Jest niczym więcej, jak iluzją, mitem i złudzeniem. Szczęście jest doskonałym lepiszczem, świetnym do tuszowania niespełnienia. Dlaczego tak łatwo ludziom wmówić, że to szczęście należy kupić. Nabyć. Wziąć w leasing. Bez tego przecież, jak mawiają sprzedawcy dóbr wszelakich, nie można być szczęśliwym. Prawda?

Jak widzisz, od razu przechodzę do sedna. Przynajmniej częściowo 😉

Konsumencki świat krzyczy odwieczną i jedyną prawdę: szczęście nie jest naturalnym stanem! Nie jest czymś przynależnym od urodzenia! Nie można go znaleźć, wypracować, doświadczyć. Nie można też go otrzymać. Nie można się nim stać. W nim zatracić.

Być szczęśliwym.

To niemożliwe. Prawda?

Ale bez problemu można je kupić.

Ludzie stadnie i ślepo gonią w piętkę za szczęściem, a okazuje się, że klucz do niego każdy ma w swoim portfelu. No patrz, jakie to proste, c`nie?

Przecież reklama nie kłamie, prawda?

Każdy konsument może być szczęśliwy. To się po prostu kupuje.

„My nie zarabiamy na tobie, my pracujemy w pocie czoła, żebyś ty nareszcie poczuł się wyjątkowy.”

„Nie słuchaj wyznawców antykomercjalizmu i antykonsumpcjonizmu.”

Przecież reklamy i wszelkiej maści sprzedawcy (to znaczy – doradcy) gwarantują to. „Będziesz szczęśliwy, gdy kupisz to i to, i to, i jeszcze to.”

Nie można wszak być szczęśliwym bez posiadania „tego”, co akurat (tak się szczęśliwie składa) oni mogą zaoferować. I tylko dziś. Teraz. Promocja z końcówką dziewięćdziesiąt dziewięć. Jutro cena może wzrosnąć.

Tak. Nowa fura z pewnością zapewni nam szczęście. Nowa fryzura. Nowe cycki. Garnitur od uznanego projektanta. Wizyta u najmodniejszego barbera. Przegryziony po śniadaniu serek topiony, wyrabiany z mleka dojonych z wypasanych na alpejskich połoninach ekologicznych krów, słuchających pod gołym niebem Mozarta.

Nie znam się na szczęściu, ale nawet ja nie wierzę w tę ściemę.

 

Kroczę chodnikiem. Nieśmiałe słońce wita mnie tego poranka. Jest ostre i nie daje ciepła. Ale szczerze to wcale nie musi. Odbija się za to pomarańczową poświatą od obitych blachą kominów i wywietrzników na dachach. A te kręcą się, niczym migoczące stroboskopy.

Jakby tego było mało, ta poranna poświata z każdym krokiem częstuje moje oczy i duszę bajeczną feerię migoczących kolorów. To promienie rozszczepiają się w tysiącach pryzmatów rozsianych po białym dywanie. Niczym diamentach rzuconych ręką Matki Natury. I w tym mrozie, w tym kolorowym świetle kryje się zapowiedź wiosny. Ciepła. Sasanek z mechatymi kwiatami, mleczy na poboczach i bielinków kapustników w szaleńczym godowym tańcu. Ten ostry blask składa obietnicę skrzeczących piskląt, które już za parę miesięcy wyklują się otulone tym razem zielonym parawanem liści.

A to tylko słoneczny poranek zimowego stycznia. Nic szczególnego, można by rzec.

 

Ludzie szukają szczęścia. Gonią za nim tak szybko, że nie potrafią dostrzec go tam, gdzie tak naprawdę jest. Ale szczęście (tak mi się wydaje) nie pędzi i nie goni. Ale też nie czeka bezczynnie na poboczu szosy, po której pędzimy jak szaleni. Szczęście nie jest wspomnieniem wczorajszych cudownych chwil, które roztopią się w nicości niepamięci. Szczęście (tak mi się wydaje) nie jest też schowane za jutrzejszym spełnieniem. Za obietnicą do spełnienia której musimy gonić na złamanie karku.

Szczęście nie ma przyklejonej metki z promocyjną ceną.

Nie stoi na wystawie i nikt nie dostaje premii za jego sprzedaż.

Tego akurat jestem pewien. Nie pytaj, dlaczego.

Szczęście (to tylko moja hipoteza) jest schowane w chwili obecnej.

W Teraz.

W uświadomionym oddechu. W mrugnięciu powiekami, które po chwilowym mroku na nowo widza ten świat. W medytacji, modlitwie, tańcu do upadłego i pierwszym gryzie parującej pizzy. Jest zaszyte w muzyce. W usłyszanym „kocham cię”. W uśmiechu posyłanym ukradkiem w kierunku przecieranego papierowym ręcznikiem lustra.

Szczęście bez najmniejszych wątpliwości można odnaleźć w uldze po dwóch litrach ziołowej herbaty 😉

Wystarczy już tych przykładów. Podsumowanie by się przydało.

Szczęście (tak mi się wydaje) jest schowane pomiędzy było a będzie.

Nieśmiało i z nadzieją chowa się często za banałem. Albo za alegorią. Bywa, że za prozą codzienności.

Nie jest nachalne. Chce być odnalezione, chociaż jednocześnie nikomu się nie pcha na afisz.

Tak mi się wydaje. Tutaj akurat ekspertem nie jestem.

I gdy zaczniesz tego szczęścia szukać gdzieś indziej, niż poza chwilą obecną, poza środkiem samego siebie – być może tak naprawdę znajdziesz rozczarowanie, żal, gorycz i poczucie straty.

I niespełnione oczekiwania. Zawiedzione nadzieje. Zaprzepaszczone szanse. Złudzenia projektowane przez ego. I pustkę zbudowaną z uświadomienia, że czegoś ci brakuje.

Na tych zaplątanych ścieżkach szydzą z nas własne marzenia, o których chcemy jak najszybciej zapomnieć.

Ze wstydu i zażenowania.

 

A samo szczęście? A bo ja wiem? Z tego, co czytałem i pytałem ludzi szczęśliwych; ono nie czeka na nikogo. Szczęście nie daje się złapać. Nie daje się również dogonić. Nie jest na zawołanie i nie jest do kupienia.

Znam milionerów, którym się to nie udało (chociaż to niczego nie dowodzi, bo znam takich, którzy są szczęśliwi).

Może ono po prostu jest ukrytym w nas samych zatrzymaniem w zachwycie nad chwilą obecną? Jest obudzeniem w Teraz, które tak ulotne jest jedynym, co maluje naszą rzeczywistość? Jak liczba, która nie istnieje, ale którą możesz podstawić do wzoru, by otrzymać konkretny wynik.

Z tego co mi mówili ci, co się na tym znają – szczęście jest przywilejem tych, którzy za nim nie gonią.

I dlatego uważam, że jest przereklamowane. Bo nie musi się robić niczego, by poczuć jego smak.

Doświadczyć tego mistycznego, magicznego stanu.

Nie musimy kupować niczego, co z reklam krzyczy i nęci gwarancją szczęścia.

 

Nie mam zamiaru nikogo nawracać i uświadamiać. Nie zamierzam uczyć ani moralizować. W moich felietonach mówię to od początku: nie urodziłeś się wczoraj i masz swój rozum. Piszę do ludzi, którzy kumają bazę. Nie jestem od wskazywania kierunku. Znajdź go samodzielnie. Masz wszystko, co potrzeba. Nikt nie zna Cię tak dobrze, jak Ty sam. Jak Ty sama.

Gdzie szukać tego kierunku?

Nie wiem gdzie, ale wiem z pewnością, gdzie drogowskazów nie uświadczysz.

Nie ma co szukać na zewnątrz. I tyle niech wystarczy.

 

Wracam do wątku, który snuje się, niczym poplątany przez kota kłębek włóczki z alpaki.

Taaak. Szczęście. Ten „stan”, jak wynika z mojego doświadczenia; nie sprzyja w wielu, naprawdę wielu dziedzinach życia. Jest stagnatorem rozwoju, generatorem zbędnej euforii, tworzycielem iluzji i do tego uzależnia bardziej, niż… w sumie to nie wiem, co. Eh. Długi temat. W każdym razie mam inne priorytety. Jak załatwię rzeczy ważne, to i na szczęście może przyjdzie czas.

 

Tylko muszę najpierw kupić ten nowy szampon, co robi z włosami takie coś, że aż zęby szczerzą się ze szczęścia, jak u porażonego prądem. Nowy samochód sam się nie kupi, a przecież tylko w nim będę mógł być naprawdę szczęśliwy. Te czekoladki aż krzyczą o mitycznym niebie w gębie. I ten modny ostatnio barber… przecież moja łepetyna zasługuje na ceremoniał odtańczony w industrialnej scenerii przez brodacza w czarnych lateksowych rękawiczkach. Recepta na szczęście.

Prawda?

😉

 

Wielokrotnie pisałem o tym, że znam się na ludziach. I to prawda. Często milczę, gdy widzę coś, czego nie widzą nawet sami zainteresowani. Albo wręcz „niezainteresowani”. Nie odzywam się, bo nie jestem wścibskim burakiem. Nawet gdy to, co widać aż krzyczy. Aż wrzeszczy o komentarz. Nawet, gdy mógłby on pomóc.

I tutaj też jestem powściągliwy. Bardzo.

Więc… Szukasz szczęścia?

Podobno każdy go szuka. Podobno celem każdego człowieka, czy ten cel sobie uzmysłowił, czy zapisał – jest właśnie szczęście. Poczucie spełnienia w tym mitycznym błogostanie spełnionego spokoju (czy jak to tam można określić).

Widzisz? Piszę tak długo o czymś, w czym w żadnym wypadku nie uważam się za eksperta. Ciekawe, co nie? Zważywszy, że udało Ci się dotrzeć aż tutaj 😉

 

Ale idę dalej. Po osiedlu, oczywiście.

Wracam do historii.

Tuż za zakrętem, po przeciwległej stronie drogi rozciąga się alejka. Można nią dojść do sklepu, osiedlowego domu kultury i na sam kraniec świata podobno. Pączki obłych krzaczków udekorowanych śnieżnym lukrem wskazują drogę i obiecują przygodę. A śnieżne czapki na latarniach dają gwarancję ciepłego blasku przy wieczornej przechadzce pomiędzy ciszą i spokojem.

A na niebie, wściekle błękitnym, tańczą stada ptaków.

 

I nie wiem, czy to przez mroźny wiatr, czy też ostre promienie słońca, ale obudzony w Teraz dostrzegam, że oczy zachodzą mi wilgocią. Ale przecież taka marna chwila, taki prozaiczny moment, takie nic niewarte cyknięcia wskazówki zegara – nie mogą wywoływać szczęścia!

Co nie?

Jednak ten zimowy pejzaż rozmazuje mi się jakoś tak… sam z siebie.

 

Tak jak pisałem: nie znam się na szczęściu. Mam znajomych, którzy tego uczą (mnie nie nauczyli), którzy o tym mówią (mnie nie przekonali), którzy o tym piszą (nie dałem rady przełknąć akapitu). Oni są/uważają się za ekspertów. Chcesz – korzystaj. Proszę ja Cię bardzo.

 

Ale cholera, ten spacer po osiedlu w ten mroźny styczniowy poranek, pośród śpiewu wolnych ptaków malujących magiczne ślady na niebie, w wytłumionej ciszy świeżego puchu i podczas tanecznego slalomu w rytmie skrzypiącego pod butami śniegu… eh – to bardzo miła, wyjątkowa chwila zanurzona w Teraz.

W chwili pomiędzy sekundą a sekundą.

Ale o szczęściu nie mogę nic niestety powiedzieć.

Nie znam się na tym.

Tak jak powtarzałem wielokrotnie: szczęście jest przereklamowane.

Jejku… jak ten śnieg cudownie skrzypi pod butami.

Skrzyp… skrzyp… skrzyp…

Słońce nieśmiało chowa się za kominem bloku numer pięć. Ciekawe, czy mieszkał tam ktoś wyjątkowy? Gdzie mieszka teraz? Czy też szuka szczęścia? Czy ten ktoś to szczęście odnalazł?

Dobrze by było to wiedzieć. Może bym się czegoś nauczył?

No, ale już pora wracać z tego magicznego spaceru.

Nie po to, by szukać tego mitycznego spełnienia, oj nie. Wiem, że jego nie można znaleźć. Te poszukiwania to strata czasu dla naiwnych. Widziałem za dużo groźnych wilków polujących na Czerwone Kapturki, by wierzyć w bajki. Muszę wracać nie po to również, by wskazywać tę drogę innym. Tym bardziej – nie.

A co ja zbawca, czy jakiś guru?

Nie.

Wracam w kierunku mieszkania.

Bo po prostu zimno jest.

I normalnie zmarzłem.

Wrócę tu jutro. W to samo miejsce, które już będzie całkiem inne.

Nie znalazłem tego, czego miałbym tu szukać.

Ale jest tu coś, co odnalazło mnie.

 

Tak. Znam się trochę na ludziach. Wiem, że za obietnicę jutrzejszego szczęścia wielu jest w stanie płacić chwila obecną. Sprzedają dzisiejsze szczęście wierząc w niemożliwą do spełnienia obietnicę. W rezultacie zyskuje wyłącznie ten, przed kim otwieramy portfel, oczarowani bajką i złudzeniem jutrzejszego spełnienia.

A na końcu popiół zmieszany ze łzami.

Żwir wgryzający się w klęczące kolana.

I zaciśnięte z całych sił powieki, by przypadkiem absolutnie i pod żadnym pozorem…

Nie spojrzeć samemu sobie w oczy.

 

 

Uznanie i żółwik

Jak mówiłem – szarlotka wyszła 😉

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *