Czasem człowiek rankiem w sennym ogłupieniu
Idiotyzm uczyni wbrew sobie samemu.
Za tępotę trzeba zapłacić sowicie.
Czasem głupio wstawać już o samym świcie.
Biedronka od szóstej otwiera podwoje,
pieczone bułeczki wykłada na stole.
Na bułkę z plastiku nabrałem ochoty
no i stąd się wzięły wszystkie me kłopoty.
Mogłem pospać dłużej, śnić sny kolorowe,
co rozświetlą blaskiem moją pustą głowę.
Czy to sen, czy jawa? Tuż po obudzeniu
nie chcę stawiać czoła takiemu pytaniu.
Głodu węzeł do historii powrócić mi każe.
Dzień będzie skąpany w przeokropnym skwarze.
Normalnie bym olał, ale jak pisałem –
nadmuchane bułki na śniadanie chciałem.
Nostalgia za światem pełnym uwielbienia
skrywa me tęsknoty pozorem spełnienia.
Nigdy nie skosztuję spokoju radości,
ciszy twórczej siły, płaczu i miłości.
Nie ma o czym gadać – głodu skalpel zimny
przeciął w trzewiach dając odgłos nieprzyjemny.
Potrzebuję strawy, umysł już świruje.
Z bułek upieczonych ołtarzyk buduje.
Pieczywo już blisko. Tuż po drugiej stronie.
W skwarze zanurzone asfaltowe błonie
falują powietrzem, kuszą mirażami,
roztaczając wizje przed mymi oczami.
Czasem krótka chwila, sekunda, spojrzenie,
oznacza końcowe życiowe spełnienie.
Testamentem życia pisane wersety
Kosmos wysypuje do kociej kuwety.
Czy człowiek ma respekt dla siły ramienia
dzierżącego młynek pełen przeznaczenia?
Żarna losu, hartowane w kwaśnym oceanie
są podatne na ludzkie o szczęście żebranie?
Gdy stoję na światłach dygresje są spoko,
pot wylany żarem zalewa mi oko.
Zatem przeznaczenie zaraz się dopełni.
Dmuchanym pieczywem żołądek wypełni.
Żar jest straszny, okropny, odbiera mi siły.
Nawet ptaki i owady w cień się oddaliły.
Miałem to wrażenie (znowu te dygresje),
że Słońce przyszło w odwiedziny na moją posesję.
Wszedłem więc na drogę ciemną, falującą.
Prosto w czarną breję, miękką i cuchnącą.
Śmiertelny prochowiec strach mój przyodziewa
gdy mą stopę wchłonęły asfaltowe trzewia.
Sytuacja, przyznasz, była dość dziwaczna.
Jej interpretacja mogła być komiczna.
Pragnienia nuciły pieśń fałszów i zgrzytu.
Zatęskniłem brzasku jutrzejszego świtu.
Poczułem, że walczę z losu kaprysami
w perwersji zrodzonych pod nieba gwiazdami.
Głupi człowiek, co wierzy, że może wybierać
i swym własnym losem dowolnie kierować.
Utknęła mi stopa, but dawno wciągnięty.
Asfaltu obcęgi chwyciły me pięty.
Próbowałem walczyć, ale mówiąc szczerze,
stałem się owieczką złożoną w ofierze.
Dzisiaj żar od rana przepływa falami.
Topi asfalt gorący pod mymi stopami.
Mam go już po kostki, nie mogę się ruszyć.
Z żaru mogę jedynie oczy wybałuszyć.
Promienie słoneczne palą moją głowę.
Od żaru mych włosów skręciło połowę.
Teraz mam fryzurę niczym Ganimedes,
co sobie łeb włożył na samo dno w sedes.
Krążą samochody, duszą mnie spaliny.
Smog się lepi mojej pustej łepetyny.
Już męczy mnie kaszel i łzy pieką oczy.
Ktoś na płynny asfalt, by pomóc, tu wkroczy?
Zapadam się stale i nieubłaganie.
Nikt nie chciał mi pomóc w takim bałaganie.
Przyjdzie mi tu zginąć i boję się tego.
Toż nie widzę znikąd ratunku żadnego.
Pech mnie mocno zdzielił z liścia i z kolanka,
niczym wystawiona, zdradzona kochanka.
Zrozumiałem, trwając w głupiej naiwności,
że Bóg ze Wszechświatem nie gra przecież w kości.
Pot zalewa oczy, nie widzę wyraźnie.
Los mi tu zgotował tę śmiertelną łaźnię.
Ziemia umęczona, od żaru spękana,
a ja w tym asfalcie stoję po kolana.
Czasem „głos” przychodzi, coś mówi pod „spodem”.
Zamiast intuicji, wybieram wygodę.
Czasem ten głos wieszczy, choć chowam to skrycie.
„Za chwilę zakończysz swe doczesne życie.”
Gdy męskie klejnoty oblepiła smoła,
mym wrzaskiem skruszyłem granit dookoła.
Z moich oczu kapią gorzkich łez strumienie.
Że nie mam już szansy. Że już nic nie zmienię.
Nie chcę nic udawać, nie jest pora na to.
Płaczu gorzkim żalem kłaniam się ku światu.
Kropelki goryczy przepełniają czarę,
lecz zaraz parują, tworząc słoną parę.
Ludzi dookoła mijają zastępy.
Każdy patrzy czujnie w duszy swej odmęty.
Rozgrzeszenie u tego, u kogo jest racja.
Jam jest: artystyczna, modern instalacja.
Na szorstkim asfalcie brodę swą oparłem.
Wielkiego wrażenia w życiu nie wywarłem.
To ostatnie tchnienie i ostatnia chwila.
Czuję, moją stopą już się kret posila.
Ech, Bogowie, śpiący w boskim panteonie,
wnoszę do Was prośbę, zanim jaźń zatonie
w ciemności odmętach. W strasznym ziemi grobie
me ostatnie myśli chcę poświęcić Tobie.
Gdy światło latarni na żółto zabłysło,
z mego serca życie całkowicie wyszło.
Proces umierania był dla mnie łagodny.
Choć, gdy umierałem, nadal byłem głodny.
Dopisek:
Ten dziwny, rymowany twór jest zabawą słowem. Chociaż, ukryłem w nim, pomiędzy wierszami, głębokie i ciekawe tajemnice.
Add a Comment