Tęsknota pachnąca pieprzem Cayenne

Czy można pokochać kobietę – robota?

Czy kobieta – robot może pokochać człowieka?

I

Zadośćuczynienie za zdradzoną miłość musi kosztować. Ten paragon uiściłam swoją duszą.

Najgorszy jest ból tęsknoty za kimś, kto okazał się moim całkowitym dopełnieniem. Jakby wszechświat uparł się, żeby dwie przeznaczone sobie dusze wrzucić w piekło samotności. Boże, tak brakuje mi tej miłości. Jego spojrzenia, uśmiechu, obecności. Malowane deseniem pustki ściany przypominają mi o tym, że ja tylko lekko, tylko delikatnie, chcę pogładzić jego policzek. Przed ostatnim pocałunkiem. Te krótkie, ulotne chwile trwające wieczność. Tak nieistotne. Tak bezcenne. Tak warte zapamiętania.

II

Co z tego, że mam władzę i pieniądze? Co daje to komuś, kto poznał prawdziwą wartość? Tę jedyną, która liczy się na tym świecie?

Spojrzenie rzucone w lustrzane odbicie otrzeźwia mnie każdego dnia. Pustego dnia przepełnionego milionami minut bez jej obecności.

III

O piątej w nocy ruch zamierał. Zwłaszcza na moście Mazowieckiego. Ta trasa była tętniącą arterią w godzinach szczytu, kiedy tysiące ludzi podróżowało pomiędzy pracą w dzielnicy przemysłowej, a własnym domem. Tak było za dnia. Ale nocą most przypominał opuszczony szlak na dalekim wschodzie, w spokoju oddający hołd ciszy szemrzącego w ciemności poniżej Wisłoka.

To spajające oba brzegi dzieło inżynierii opierało się na dwóch potężnych pylonach. Ich doskonale zaprojektowane oświetlenie tańczyło światłem po splecionych linach nośnych, pozwalając odnaleźć subtelny cień pomiędzy granicą światła i mroku. Cień materializujący się tuż za bielą ażurowej barierki.

Stalowa konstrukcja z proszkowanej stali, stanowiąca granicę oddzielającą od przepaści miała dziesięć centymetrów szerokości. Tylko przełożyć nogi na drugą stronę, a później krótki lot. Upadek. Chwila. Sekunda przepełniona milionem niezadanych pytań. I tylko jedna odpowiedź, majacząca kuszącym odbiciem pełni księżyca na czarnej tafli lodowatej wody.

Czasem trzeba czekać na pomoc. Na wsparcie. Wielu jej wypatruje. Wielu mnie podobnych decyduje się na desperacki krok, wysyłając sygnał ratunkowy do samego Stwórcy. Ale ja, w przeciwieństwie do nich, nie potrzebuję pomocy. Nie liczę na nią. Nie chcę jej. A Stwórcę… cóż, powiedzmy, że nie za bardzo wierzę w mitologię dla ciemnych mas. Ale z drugiej strony, to ja stoję właśnie nad przepaścią.

Nieważne.

Jedyne, czego mi trzeba, to wyzwolenia. Uwolnienia.

Piąta nad ranem to całkiem dobra godzina. Świat pogrążony jest w fazie głębokiego snu i bezsennej samotności. Jeszcze minuta na niepotrzebne pożegnanie, a później wytęskniony skok po wyzwolenie. Ku końcowi.

Ostatecznie nawet najsilniejszy człowiek na świecie poczuje się w końcu przeraźliwie zmęczony, jeżeli będzie musiał nieść na swoich barkach niewyobrażalny ciężar.

Nieważne.

Spojrzałem w minione lata i nawet nie poczułem żalu.

Czterdzieści lat. Wystarczy.

Teraz jedyne, za czym tęsknię, to ukojenie. Cisza. Zapomnienie w nieskończonej nicości.

Podszedłem do barierki, jakby ktoś zanurzył mnie w głębokim transie. Bez emocji. Mechanicznie. Ciepła dłoń przywitała zimno malowanej proszkowo stali. To prawie koszmarna lodowatość była jedynie obietnicą tego, co poczuje moje ciało zanurzone w mrocznych wodach poniżej. To, czy odnajdą tę ludzką skorupę martwą, nie obchodziło mnie zupełnie. To ciało lata temu przestało żyć. Istota mojego Ja rozpuściła się w nicości skończonego za grubym murem świata. Świata, w którym kiedyś koronowałem się królem.

Majestatyczny bliźniaczy pylon mostu, uwiązany obowiązkiem splatanego linami ciężaru, stał niewzruszony. Solidność tej konstrukcji odwracała uwagę od prawdziwego celu. Tego, który przyprowadził mnie tutaj w tę styczniową noc.

Pora definitywnie skończyć to, co już wiele lat temu zostało zakończone.

Zamknąłem oczy.

Ostatnie minuty.

Spokój.

Odpuszczenie.

Świat utonął w ostatnich myślach. Ze zdziwieniem odkryłem, że były o niczym. Nie słyszałem niczego. Postawiłem stopę na dolnym płaskowniku barierki i wspiąłem się celem przełożenia drugiej nogi poza krawędź.

Jak się okazało, nie było mi dane tego uczynić.

Nadciągnęło Przeznaczenie.

– Przepraszam pana. – Głos przypominający ludzką mowę przedarł się przez mrok ostatnich myśli.

Będąc przekonanym, że to jedynie majak i ostatnie kuszenie skazańca, postanowiłem go zignorować.

– Przepraszam! – Głos tym razem postanowił być bardziej natarczywy. – Halo?

Nie chciałem ponownie widzieć światła, ale zmuszony natarczywością głosu, otworzyłem oczy. Obróciłem głowę w stronę źródła dźwięku. Pierwsze, co zobaczyłem, to oczy. Ich spojrzenie otrzeźwiło mnie z letargu, niczym siarczysty policzek. Zamrugałem powiekami, jakbym zostawił za sobą długą noc.

– Słucham? – Głos, który miał już zamilknąć na zawsze powrócił nagle ze świata zmarłych. Odchrząknąłem. – Słucham? – Tym razem zapytałem już wyraźnie.

– Czy wszystko w porządku? – zapytała, bacznie mi się przyglądając. Zupełnie, jakby miała do tego prawo.

Znowu mi przerwano. Nawet tutaj nie mogłem być sam ze sobą.

Ja sam ze sobą?

Zadziwiło mnie znaczenie tego pytania.

Spojrzałem tęsknie w mrok za barierką. Westchnąłem, jakbym chciał oszukać sam siebie, że jednak żyję.

Nawet nie byłem zawiedziony.

Już prawie witałem się z nicością. Za minutę byłoby po wszystkim. Ceremonia odejścia bezwartościowego golema. Upadek w mrok, ku zapomnieniu. W ostatnim odczuciu cierpienia milionów mroźnych igieł wysysających życie i świadomość z tego martwego ciała.

Jak się jednak okazało, nie było mi to pisane. Jeszcze nie. Kołdra lodowatej wody musiała zaczekać. Spektakl, jak się okazało, jeszcze trwał. Ale to już ostatni akt. A później ukłon do pustej widowni i zejście ze sceny.

Recenzjami się nie przejmowałem. Ta sztuka już dawno temu zeszła z afisza.

– Czy pan jest pijany? – zapytała nagle, pochylając się w moją stronę. To pytanie otrzeźwiło mnie jeszcze mocniej.

– Nie – odparłem, zgodnie z prawdą. To jedno wypowiedziane słowo chyba jej jednak nie przekonało. – Jestem całkowicie trzeźwy, proszę pani.

Teraz zauważyłem, że rozmawiam z kobietą. Na oko trzydziestoletnią. Świdrujące oczy lustrowały mnie badawczo. Z jej ciała unosiła się para, która w świetle oświetlających ją od tyłu reflektorów przybrała kształt eterycznej jasności. Niczym anielski woal. Aura żywego człowieka.

Mocarnym wysiłkiem woli, chcąc dokonać ostatniego oszustwa, uśmiechnąłem się lekko. To miało dać jej sygnał, że może ruszać w dalszą drogę.

Nie udało się.

– Zimno dziś – odparła i podreptała w miejscu. Jej bezczelna żywotność kąsała moje nieszczęście.

– Jest styczeń – odparłem spokojnie.

– Fakt – potwierdziła – ale wyjątkowo mroźny. Nie uważa pan? Wczoraj biegało się lepiej. Chociaż chyba to nie przez mróz, a przez wilgotność czuć taki ziąb. Podobno. Tak mi się wydaje. Ale przenika aż do kości. Brr.

– To  może nie warto było wstawać z łóżka? – zapytałem na odczepne.

– W życiu! – skontrowała. – Jak opuszczę raz, odpuszczę drugi i resztę. Wie pan – zaczęła się rozkręcać. – To takie ćwiczenie samokontroli. Jak raz zimno i niewygoda okażą się silniejsze ode mnie, to na drugi dzień wygra ciepełko pod kołderką.

– To nic złego – odparłem.

– Co nic złego? – zapytała, rozciągając nogę za kostkę.

– To – zacząłem wywód – że ciepła kołdra to nic złego.

– A kto twierdzi inaczej? – odparowała i rzuciła zaczepne spojrzenie. Już szykowałem ripostę, gdy znowu spojrzałem w jej oczy.

Ewidentnie sytuacja ją bawiła.

– Czy pani sobie ze mnie żartuje?

Była bezczelnie żywotna. Zaczynało mnie to irytować.

– A czy pan zawsze taki poważny?

Nie zawsze, pomyślałem. Tylko dziś. I tylko przez ostatnie cztery lata.

– Oczywiście, że nie – skłamałem.

– O! – Widać było, że nie kupiła mojej bajeczki. – No co pan powie? A nie wygląda pan.

Nie odezwałem się. Odwróciłem głowę w stronę mroku za barierką. Zatęskniłem za nicością. Za brakiem siebie samego. Przymknąłem oczy w nadziei, że nie będę zmuszony, że będę mógł… dokończyć skończone.

Nagle poczułem dotyk na nadgarstku. Wzdrygnąłem, jakby ktoś ukłuł mnie sztyletem.

To ona. Patrzyła na mnie. Poważnie. W milczeniu. Ale jej oczy, jej żywe oczy krzyczały pytaniami, zainteresowaniem i oczekiwaniem.

Czego? Nie miałem pojęcia.

– To naprawdę zimna noc – odparła ciepło. – Niby tylko około zera, ale i tak to nie lato. A Pana ręka jest lodowata. Nie boi się pan odmrożeń?

Fakt. Trzymałem ją cały czas na zimnej barierce odgradzającej mnie od przepaści. Cały czas oddawałem ciepło barierce, za którą czekało na mnie wyzwolenie.

Więc nie. Nie bałem się odmrożeń. Ale nie odpowiedziałem.

– Tak sobie myślę – powiedziała powoli, przyglądając mi się z uważnością, jakiej nie doświadczyłem od lat – że każdy potrzebuje czasami ratunku.

– Ratunku? – odpowiedziałem robiąc głupią minę.

Przejrzała mnie?

– Tak – potwierdziła. – A przynajmniej jego ręka. Musi ją pan rozgrzać.

– Och – wypuściłem powietrze. Otoczyła ją mgiełka pary z mojego oddechu. Poczułem się głupio. To takie intymne.

– Kawa – wyrzucił nagle. – Nie pił pan dziś kawy, prawda?

– Kawy? – zdębiałem, zdając sobie sprawę, że rozumiem coraz mniej.

A może to wszystko działo się już po drugiej stronie? Może już skoczyłem?

Zważywszy na okoliczności, nie mogłem tego wykluczyć.

– Co się pan tak dziwi? – ścisnęła mocno moją dłoń. Ciepło jej żywego ciała prawie mnie sparzyło. Jakby wiedziała, że niczego bardziej na świecie w tej chwili nie potrzebowałem. – W sumie to oczywiste. O tej godzinie kawę pije tylko Batman. – uśmiechnęła się do mnie, ale nie puściła ręki. Poczułem się, jakbym naruszał jej święte terytorium, co było absurdalne, bo to ona chwyciła mnie za dłoń.

– Nie piłem. Dzisiaj. Kawy – wydukałem, niczym uczniak.

– To się doskonale składa – zaszczebiotała i podskoczyła kilka razy w miejscu, żeby się rozgrzać. Noc była faktycznie zimna. – Z tamtej strony – wskazała na zachodnią część mostu – jest Orlen. Ja skończę już przebieżkę na dziś, bo coś czuję, że kawy potrzebuję.

– Proszę?

– Przepraszam za to, że rymuję – spuścił wzrok, ale wyczułem, że to gra – to takie moje powiedzonko. Głupie zresztą.

– Wcale nie – uśmiechnąłem się po raz pierwszy od przekroczenia granicy śmierci. – W sumie chętnie się napiję – odpowiedziałem, żeby zmienić temat. – Kawa, to doskonały pomysł. W sumie. Chyba. Tak mi się wydaje. Nie za wcześnie?

– No – obróciła się na pięcie i machnęła ręką, abym za nią pobiegł – nareszcie mówi pan z sensem. Jak to, że niby za wcześnie? Co też pan? Przecież prawie piąta – podstawiła mi przed oczy swojego smartbanda – a jak już faszerować się kofeiną, to chyba nie ma lepszej pory, niż piąta rano, co nie?

Nie odpowiedziałem. Po co się kłócić, gdy miała w stu procentach rację?

Dziewczyna podskoczyła naprzemiennie na obu nogach. Sprężyście i lekko.

– Truchcik? Dam panu fory.

Nie miałem najmniejszej ochoty na bieg, chociaż na brak formy nie mogłem narzekać. Zamiast odpowiedzieć, wskazałem palcem na moje buty. Zamarła i przyłożyła dłoń do podbródka.

– No to spacer – wydała wyrok. – Jak pan zacznie bieg w takich lakierkach, na bank tak się wykopyrtnie, że wyląduje za barierką i wpadnie do Wisłoka. A tego nie polecam. Szkoda umierać za grzech noszenia takich laczków.

Uśmiechnąłem się kwaśno. Mój plan, sprowadzony do takiej retoryki stał się wstydliwie absurdalny. Chyba naprawdę nabrałem ochoty na kawę.

– Ja stawiam – odparłem, robiąc pierwszy krok. – Chcę się odwdzięczyć.

– A za co? – zatrzymała się na moment, dropiąc w miejscu truchtem.

– Nieważne – machnąłem ręką. – Może za uratowanie przed wylądowaniem za barierką?

– Proszę pana – podbiegła i dotknęła mojego ramienia. Krótko. Ale tak, że wiedziałem, iż zapamiętam ten dotyk już na zawsze. – co pan opowiada? Dobra. Wracamy. Chociaż miałam biec aż pod cmentarz na Pobitnym.

– Aż tak daleko? Dlaczego? To prawie cztery kilometry stąd.

– Ponad trzy – poprawiła mnie a ja nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że droczy się ze mną. – Zresztą, nie uwierzy pan – kontynuowała – ale jakoś tak zanim otworzyłam oczy, pod ciepłą  kołderką, znaczy, to odniosłam takie wrażenie… – zamilkła nagle.

Widziałem, że wyraźnie się speszyła. Nie chciałem naciskać, ale ciekawość i chęć podtrzymania rozmowy wygrały.

– Śmiało – zachęciłem – proszę powiedzieć.

– To głupie – zacięła usta.

– Skoro tak pani uważa – skapitulowałem. Miałem poważniejsze sprawy, niż ciągnięcie za język obcych kobiet na środku mostu o piątej rano.

– Chodzi o to, że – moja rezygnacja z podtrzymania tematu musiała ją zachęcić do zwierzenia – miałam takie przeczucie. Silne. Śnił mi się cmentarz na Pobitnym. Że jakiś pogrzeb był, czy coś. A, tam – machnęła ręką z rezygnacją – wie pan, jak sny bywają pokręcone.­

Nie tylko sny takie bywają, pomyślałem.

– No więc po obudzeniu poczułam, że muszę tam pobiec. Ale teraz już nie czuję takiej potrzeby. Wręcz przeciwnie. Dziwne to. Takie tam poranne dyrdymały.

Zamarłem. Po raz pierwszy w życiu poczułem chęć na papierosa. Szkoda, że nie palę. Ale w końcu palenie zabija.

Aż uśmiechnąłem się do tej myśli.

– Proszę się nie przejmować – starałem się ją uspokoić. – Nawet tym, że najpierw mówi pani, że to głupota, a chwilę później, że głupotą nie jest. Ja, proszę pani – po jej minie zauważyłem, że muszę szybko dochodzić do konkluzji – bardzo poważnie traktuję takie sprawy.

Odetchnęła z ulgą i podreptała w miejscu.

– No więc dobrze – zaczęła – miałam biec na cmentarz, ale po tej chmurze widzę – wskazała wzrokiem południową siną łunę – że zmokłabym do suchej nitki. A dziś naprawdę nie jest dobry dzień do tego, żeby się moczyć. To naprawdę cud, że pana spotkałam. Uratował mnie pan przed lodowatą wodą. Brr. Aż mnie ciarki przeszły, rozumie pan?

Zacisnąłem usta w milczeniu i spojrzałem na miejsce, w którym jeszcze pięć minut temu stałem na własnym szafocie. Trampolinie rozciągniętej nad moim Styksem. To miało być ostatecznie miejsce mojego pożegnania. Tam zakończyć się miała nędzna egzystencja nic nie znaczącego golema, który dawno temu przybrał kostium człowieka.

Któż mógł podejrzewać, że ratując ją przed wyimaginowanym zagrożeniem, pozwoliłem samemu dać się uratować?

Nadal milczałem, jak grób.

Ale jej spojrzenie… czułem, że coś jest nie tak. Jakby wiedziała, jakie myśli drążą moje serce.

To było dziwne.

Dystans pomiędzy szafotem a Orlenem malał z każdym krokiem.

Niebawem nastanie świt nowego dnia.

I należało rozumieć to dosłownie.

IV

– Często pani tutaj biega? – Postanowiłem zadać najgłupsze pytanie z kategorii tych najmniej ważnych.

– Prawie każdego dnia – odpowiedziała poważnie, jakbym zapytał o coś naprawdę istotnego. – Cztery dni w tygodniu, ściślej rzecz ujmując. Weekendy mam wolne. I jeszcze – dopowiedziała myśl, domykając plastikowe wieczko na papierowym kubku z kawą – czwartki. Tak – pokrywka zaskoczyła o rant kubka, wydając miłe pok. – Czwartki też. Wtedy nie biegam. Ale nie żebym się leniła, oj nie – pospieszyła z nieproszonym usprawiedliwieniem. – Po prostu w ten dzień…

Zamilkła nagle, dociskając solidnie zamknięte wieczko kubka wypełnionego Latte. Jakby próbowała odwrócić uwagę od jej przerwanych słów. To już kolejny raz, gdy nagle  urywała zaczętą myśl. Ale ja potrafię słuchać.

– We czwartki? – Zachęciłem ją, również teatralnie rozrywając opakowanie z sękaczem. Ciastko nie interesowało mnie nawet w najmniejszym stopniu, ale stanowiło doskonałą dywersję. Zwłaszcza, gdy wręczyłem jej ułamany kawałek.

Fragment pełnego chemii pieczonego ciasta przełamał lody. Gdybym był wierzący, uznałbym ten intymny gest między dwoma osobami, jako komunię.

– Ania  – usłyszałem, zamiast zwyczajowego „dziękuję”.

Upiłem łyk pierwszej w nowym życiu kawy. Znałem jej smak aż za dobrze. Ale dziś, teraz, kosztowałem jej po raz pierwszy.

– Sękacz – poprawiłem ją.

Kawa smakowała wybornie.

Z pewnością z powodu wybornego towarzystwa.

– Nie – zaśmiała się. – To moje imię. Ania. A pan? Ma pan jakieś imię? – kiwnęła głową, oczekując odpowiedniej reakcji. – Czy postanowił pan wybrać jakieś nowe po naszym spotkaniu na moście?

Wiedźma, czy ki czort?

– Konrad – przedstawiłem się i uścisnąłem oficjalnie podaną w teatralnym geście dłoń dziewczyny. – Miło mi.

– Mnie również – uśmiechnęła się do mnie. – Konrad. To mocne imię. Mocnego człowieka.

W tym momencie musiałem odwrócić wzrok, bo coś całkowicie nieistotnego nie działo się w okolicach toalet.

– To co? – zmieniła temat i spojrzała za okno. – Zaraz lunie deszcz ze śniegiem.

Zauważyła moją reakcję. Zareagowała adekwatnie. Byłem jej wdzięczny.

– Chciałem o coś zapytać, Ania – zacząłem niepewnie.

– Jasne – siorbnęła łyk latte – pytaj.

– Wiem, co mówiłaś na moście. Ale tak na serio. Dlaczego dziś poszłaś pobiegać?

– Nie rozumiem.

– Dziś czwartek. Nie powinnaś robić czegoś innego?

Zatkało ją. Spojrzała na mnie w milczeniu i zamyśliła się. Po chwili powoli odpowiedziała, jakby sama sobie.

– Hmm. Nie wiem – potarła palcem podbródek – coś mi kazało wstać z łóżka. Wiesz – uśmiechnęła się – kobieca intuicja. A ja się jej słucham. Wiesz, co to intuicja?

– No jasne, że wiem – odparłem z teatralną pewnością.

– A słuchasz jej?

– Co?

Automat do kawy zapiszczał. Po chwili podeszła do niego pracownica stacji i zaczęła opróżniać pojemnik na fusy. Miałem nadzieję, że ta krótka przerwa zakończy ezoteryczny temat. Nigdy nie czułem się pewnie w takich obszarach. Nie udało się.

– Pytam, czy jej słuchasz? – spojrzała na mnie badawczo, gdy pracownica stacji oddaliła się za ladę. – Czy słuchasz intuicji? Bo mnie to chyba nie bardzo. Coś rozkojarzony jesteś, Konrad. Ciężki poranek chyba?

– Nie pamiętam, żebym komukolwiek poświęcił więcej uwagi, niż tobie – podjąłem kolejną próbę zmiany tematu.

– Ty coś kręcisz – przekrzywiła głowę i prześwidrowała mnie spojrzeniem. – Krępuje cię ten temat?

– Temat? Że niby jaki?

– No jak to jaki? – parsknęła lekko. – Nie udawaj. Intuicji, podszeptów, przeczuć, zwał, jak zwał. Uuu – oblizała wargi – jaka dobra ta kawa.

Milczałem chwilę, maskując to siorbaniem czarnej z mlekiem. Ta pierwsza kawa w nowym życiu smakowała bosko. Coś jednak czułem, że moja wybawicielka nie odpuści.

– Nie chcę wyjść na gbura lub głupka – zacząłem się tłumaczyć. Sam nie wiem po co? Przecież jej nie znałem. – Nie jestem obeznany w tematach… ezoterycznych.

– A kto twierdzi, że to? – wyraźnie się zdziwiła. – Co intuicja ma wspólnego z ezoteryką?

– Pojęcia nie mam – postanowiłem wyłożyć karty na stół. – Nie wiem nic o tym, bo przez ostatnie czterdzieści lat nie miałem z nią do czynienia.

– Nie słuchałeś jej?

Nie odpowiedziałem od razu. Smutek znów zawiązał supeł w moim splocie słonecznym. To niesprawiedliwe, że niektórzy mają za pomocnika tego eterycznego, wyimaginowanego pomocnika. Podpowiadacza, który ostrzegał i doradzał. Był zawsze obok, towarzysząc w życiowej drodze na dobre i złe. Nie tak, jak w małżeństwie.

To niesprawiedliwe. Ale przecież nikt nie obiecywał, że świat będzie sprawiedliwy.

Pod przymkniętymi powiekami zobaczyłem barierkę mostu. A w dole lodowaty nurt Wisłoka. Znów poczułem jego wołanie.

– Nie – odezwałem się, pomimo chęci by milczeć. – Ona po prostu nigdy do mnie nie mówiła.

Nagle Ania chwyciła mnie za dłoń i ścisnęła lekko. Ten mało znaczący gest w tamtej chwili był cenniejszy, niż wszystko, czego zaznałem w życiu. A z pewnością wszystko, co pamiętałem.

– Nie, Konrad – powiedziała tak cicho, że słyszałem każde jej słowo. – Ty po prostu jej nie słuchałeś. Albo, co gorsza – nie słyszałeś.

Chyba ewidentnie chciała mnie wkurzyć.

– Jesteś tego taka pewna? – rzuciłem gorzko.

Rozłożyła ręce, jakby to miał o służyć za odpowiedź. A ja lepszej nie potrzebowałem.

Za oknem przemknęła karetka na sygnale. Jej modulowany sygnał wędrował pomiędzy filarami stacji, rozpraszając się na kanciastych dystrybutorach i zaparkowanych samochodach. Zajęci swoim sprawami ludzie nie zwrócili uwagi na pojazd jadący po życie. To zadziwiające, że niektórzy chcą skończyć w ciszy. A inni głośno krzyczą o życie.

Ania, nawet milcząc, w tej dziwny sposób swojej nierealnej obecności, dawała mi umocowanie w chwili obecnej. I ta chwila miała zapach. Teksturę. Temperaturę. Tym razem powyżej zera.

W zasadzie nie chciałem jej ciągnąć za język. I tak miałem więcej powodów do wdzięczności, niż przez ostatnie dwa lata.

Ale musiałem ją jeszcze zapytać o jedno.

– Jesteś na facebooku?

– Na facebooku? – zaśmiała się serdecznie. – Chyba coś kręcisz co do swojego wieku, wbrew temu, co widzę – podniosła jedną brew. – A czemu pytasz?

Upiłem kolejny łyk pierwszej kawy w moim nowym życiu.

– A jak ci się wydaje? – tym razem ja zdobyłem się na uśmiech.

– O jejuniu – zaszydziła teatralnie – chcesz mnie dodać do znajomych? Słodkie.

Poczułem się skonsternowany. Teraz już na poważnie nie wiedziałem, czy ze mnie szydzi, czy to tylko jej niedelikatny humor.

– Nie no – machnąłem ręką – w porządku, Ania. Nie było tematu. Spojrzałem na uwijających się przy automacie do kawy podróżnych. Chyba już chciałem iść. Tylko dokąd?

Nagle poczułem dotyk na ramieniu. Dziewczyna chwyciła mnie i lekko potrząsnęła. Widać nie miała żadnych zahamowań do kontaktów z nieznajomymi.

– Chyba źle spałeś, Konrad – zaczęła – bo minę masz, jakbyś wczoraj najadł się czegoś niestrawnego, czy coś. Żartowałam – spojrzała na mnie serdecznie.

To było rozbrajające.

– Czekaj. Dam ci coś lepszego – dodała szybko i chwyciła serwetkę a wyszarpanym skądś długopisem zapisała coś na niej. Po chwili wręczyła mi ją.

– Numer telefonu? – zapytałem zdziwiony.

– A co? Nie używasz?

Z wdzięcznością schowałem serwetkę z jej numerem. Poczułem się naprawdę dobrze, mając świadomość, że być może nie będzie to nasze pierwsze i ostatnie spotkanie. Coś mnie w tej dziewczynie intrygowało.

– Dziękuję – ukłoniłem się lekko. – Numer telefonu? Ktoś tu ma znacznie więcej lat, niż na to wygląda – rzuciłem jej własny żart.

Nie przejęła się ripostą.

– Dziękuję – zatrzepotała rzęsami. – Pomaga dużo snu i pozytywne myślenie – odparła z emfazą trenera personalnego. – No i dużo seksu.

Zatkało mnie ponownie. Zaczynała mnie fascynować ta jej bezpośredniość. Jednocześnie ta rada, to wyznanie, sprawiło, że ucięły mi się tematy do rozmowy. Nie było zresztą co kontynuować, bo moja wybawczyni wstała i podała mi dłoń na pożegnanie.

– Do zobaczenia Konrad – uścisnęła moją prawicę mocno. – Uciekam, bo nie chcę przemoknąć. I tobie też to radzę. Lodowata woda dobra dla morsów, ale nie dla nas, normalnych ludzi – nie wiedziałem, czy żartuje, czy nie. – Dla nas może być zabójcza. Brrr.

– Zdefiniuj normalność – rzuciłem zaczepnie, chcąc ukryć prawdziwe myśli.

– No właśnie – roześmiała się tak, że kasjerka zaczęła nam się przyglądać. – Widzisz? Właśnie znalazłeś powód.

– Powód? – zatkało mnie. – Do czego?

– Do tego – odpowiedziała poważnie, ale z filuternym uśmieszkiem błądzącym w kącikach ust – żeby mieć zaczepkę do następnej rozmowy. Najgorzej, gdy ludzie poznają się i kończą pierwsze spotkanie kropką. To nie powinno tak wyglądać. Pierwsze spotkanie powinno kończyć się pytajnikiem. Takim wielkim, rozumiesz? – Rozłożyła ramiona na całą szerokość dla zobrazowania swych słów. – Tak wielkim, żeby wzbudzić chęć uzyskania odpowiedzi. I następnego spotkania. Zgodzisz się ze mną, Konrad?

– Nie rozumiem do końca – odparłem zmieszany. – Co masz na myśli?

– No właśnie! – uśmiechnęła się zadowolona z finału rozmowy. – Zadzwoń to pogadamy na ten temat. Druga kawa sama się nie wypije. – Pochyliła się i tak po prostu pocałowała w policzek. – Pa, Konrad. Dziękuję ci, że mnie uratowałeś.

– Uratowałem? – wycedziłem cicho. Serce waliło mi, jak oszalałe. Kto kogo uratował?

– No. Uratowałeś mnie przed przemoczeniem w lodowatej wodzie z tej chmury znad cmentarza. Jesteś bohaterem, wiesz? Gdybym cię tam na moście nie spotkała… Brrr, aż mnie ciarki przechodzą. To może głupie, ale czasem na drodze pojawia się taki człowiek, co nie wiesz kiedy i jak, i po co, ale zmienia twoją drogę. Zatrzymuje cię i zawraca. I ty mnie właśnie zawróciłeś. Gdybym poszła tą drogą dalej, czekałoby mnie lodowate spotkanie z naturą.

– Nawet nie wiesz – uśmiechnąłem się, czując nawrót życia – nawet nie wiesz, jak bardzo cię rozumiem.

– No pewnie! – potruptała przed biegiem do swojego osiedla. – Wielkie umysły myślą podobnie. Pa, Konrad. Do następnego razu.

– Pa – odparłem.

Pa, moja wybawicielko, dopowiedziałem już do siebie.

c.d.n?

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *