Uwierz

„Tak naprawdę możesz wszystko… wystarczy, że uwierzysz.”

Słyszałeś może coś takiego?

„Ograniczenia są tylko w Twojej głowie.”

Serio?

Założę się, że na pewno dotarło to do Twoich uszu nie raz i nie dwa.

“Sky is the limit! You can do it! Never give up!”

Dość!

Zawsze, gdy coś takiego słyszałem, doprowadzało mnie to do takiego szału, że chciałem trzasnąć obrotowymi drzwiami.

Dlaczego?

Ooo… do tego jeszcze dojdziemy, ale nie od razu. Zabieram Cię w podróż zbudowaną z wagoników uszytych ze słów.

Napiszę co nieco o… wierze.

I zdecydowanie nie pod kątem religijnym (to zupełnie inna historia).

Temat nieokreślony, nie do ogarnięcia, nie do zrozumienia.

Czyli temat idealny.

Jak zawsze – nie mogę pisać wszystkich moich przemyśleń. Jest ich po prostu zbyt wiele i zahaczają o zdecydowanie zbyt głębokie poziomy.

Dotknę więc tego tematu pobieżnie, ale obiecuję, że konkretnie. Więcej możemy omówić osobiście przy kawie 😉

Dygresja, ale o jejku, uwielbiam to: na talerzu dopiero co zerwane słodkie winogrona, parująca kawa w ulubionym kubku, the Cure na słuchawkach, dostęp do inspiracji na full… Nic, tylko odlecieć i ponieść się Muzie.

Ale dobra – wracam do wątku.

Wierzyć w coś… albo inaczej: uwierzyć w COŚ… to nieziemsko skomplikowana sprawa. I wbrew zapewnieniom tych obdarzonych wiarą – całkowicie niezależna od nas.

Istnieje stara hipoteza, znana nie od wczoraj, że poziom wiary jest odwrotnie proporcjonalny do ilości wiedzy. Nie ja jestem autorem tej tezy, więc nie rzucaj kamieniem (zresztą, możesz rzucać – wytrzymam). Można powiedzieć, że im ktoś tej wiedzy na jakiś temat ma mniej, tym większą wiarę w sobie może wykrzesać.

Dlaczego?

A skąd mam wiedzieć na sto procent? Jak wspominałem – nie ja to odkryłem.

Ale gdybym miał zacytować Tadeusza Sznuka, to powiedziałbym: nie wiem, choć się domyślam 😉

Im bardziej na wadze dociążymy szalkę „wiedzy”, tym lżejszą szalka „wiary” się okaże. I odwrotnie. Im mniej mamy w sobie „wiedzy i zrozumienia”, tym gorliwszą „wiarą” możemy się rozpalić.

Niby proste. Ale… gdyby tylko o to chodziło, to byłaby pestka.

Dlaczego?

No bo to nie taka prosta sprawa. Z tym uwierzeniem w coś.

A, przepraszam: w COŚ.

Bo te wszystkie głodne kawałki o tym, by uwierzyć, wygłaszają ci, którzy zielonego pojęcia nie mają o tym, jak działa człowiek w tym konkretnym obszarze swojej osobowości. A najczęściej krzyczą osoby, które same sobie przykleiły na klapę naklejkę nieomylności. Mianują sami siebie liderami lub, co gorsza, wierzą swoim przydupasom, że tymi przywódcami faktycznie są. Że mają do spełnienia MISJĘ.

Mam na myśli tych, którzy samych siebie uznali przewodnikami na drodze zbawienia ludzkości.

Za im ważniejszych w swoim mniemaniu się mają, tym większy chcą narzucić autorytet. I tym prawdziwszą prawdę głoszą.

Prawdziwszą od samej prawdy ostatecznej.

Czy zgodzisz się ze mną, że problem nie w tym, że ktoś jest szalony, ale w tym, że ktoś w te szaleństwa wierzy?

Samozwańczy kołcze, misjonarze, prorocy, mistrzowie, guru, trenerzy, i im podobni krzyczą: uwierz! Uwierz! UWIERZ! Musisz uwierzyć!

A ja się pytam: serio? Jak? Potrafisz tak na zawołanie? Na polecenie? Na dobrą, życzliwą radę lub kategoryczny rozkaz?

Nie spotkałem nikogo, kto uwierzyłby w cokolwiek na podstawie wyłącznie świadomej decyzji rozumu. Jego zimnej, intelektualnej kalkulacji. Zakładam oczywiście, że mówimy o osobie inteligentnej.

Dlaczego o tym wspominam? Z prostego, bardzo gorzkiego powodu: sprawczości.

Bo ona (ta sprawczość, niestety) w znacznej części na tej nieszczęsnej wierze się opiera.

Jak? Już tłumaczę mój punkt widzenia. Punkt poparty życiowym doświadczeniem.

Człowiek, który w coś wierzy, może dosłownie góry przenosić. Może czynić rzeczy niemożliwe. Nie ugnie się pod ciężarem, nie złamie go presja, opinia, złe języki i przeciwności.

Ten, kto wierzy w swoją sprawę, w swoją MISJĘ, jest nie do pokonania. Potrafi wykrzesać siły i motywację o takiej mocy, której ten, kto nie wierzy nie jest sobie nawet wyobrazić.

Znam to z życia. Wierz mi 😉

Potwierdzają to również z opowieści ludzi, którzy podzielili się ze mną historią ich życia. Ich przemiany i nieprawdopodobne, często magicznej wręcz transformacji.

A ponieważ tylko idioci dyskutują z faktami, do polemiki na tym polu nie mam zamiaru stawać.

Wielu z nas podczas kręcenia się w kółko po bezkresnych obszarach skończonego zegara życia poszukuje wielu rzeczy. Szukamy odpowiedniej chwili, właściwej godziny, czekając, aż wskazówka tego zegara wskaże odpowiedni moment. Ale jednocześnie zapominamy, że coś takiego, jak „chwila obecna” nie istnieje, choć jest jednocześnie tak naprawdę nic poza nią nie jest „realne” (inny post – kiedyś).

Wskazówka czasu wiruje po cyferblacie życia tak szybko, że zadziwia nas, jak ten czas pędzi. Sekundnikiem uderzeń serca odliczając pozostały nam czas. Ale gdy spojrzymy na ten zegar, wydaje nam się, że obie wskazówki tkwią nieruchomo. To taki paradoks.

Dziś jest „teraz”. Ale przymknij oczy. A już będzie jutro. Za tydzień.

Czekanie na „właściwy moment” iluzorycznie wstrzymuje czas, ale kradnie życie.

A my pleciemy sweter egzystencji z przędzy dzierganej na kołowrotku naszej codzienności. I często, chcąc zagłuszyć to wołanie „czegoś, co jest istotne” i chcąc odwrócić wzrok od tego, co powinniśmy mieć przed oczami, pędzimy tak szybko, że wyprzedzamy własny cień.

I w rzadkich sekundach pomiędzy jednym a drugim haustem tlenu, może pojawić się pytanie:

Po co to wszystko?

Dlaczego to robię?

Po co tak pędzę?

Dokąd?

Co jest na końcu tej drogi?

Czy naprawdę TEGO chcę od życia? Od siebie?

Czy warto?

I najważniejsze pytanie ze wszystkich:

Dlaczego?

DLACZEGO?

Dlaczego robisz to, co robisz?

Dlaczego jesteś tym, kim postanowiłeś się stać?

Dlaczego budzisz się każdego dnia i odkrywasz z siebie kołdrę?

Dlaczego zakładasz kapcie, myjesz zęby, patrzysz w oczy człowieka w odbiciu zamkniętym za granicą lustrzanego szkła?

Dlaczego kochasz… nienawidzisz…?

Siebie?

Innego człowieka?

Mnie?

(nie obawiaj się – nie będę zahaczał o eschatologię, choć, do jasnej cholery! – powinienem to zrobić właśnie teraz! Tutaj!).

Dlaczego…?

Wbrew pozorom to proste pytanie. Podstawowe wręcz. Ale implikujące kłopoty. Pytanie: dlaczego?

To, jakie damy na nie odpowiedź jest wynikiem naszej osobistej kalkulacji i wiary w to, czy ten życiowy pęd da nam w rezultacie spełnienie.

Czy to wszystko Ci się opłaci.

I czy będziesz szczęśliwy.

Z drugiej strony, poświęcanie się dla sprawy w którą się nie wierzy jest morderczym wysiłkiem. Nawet, gdy sprawa, za którą się poświęcasz jest realna i łatwa do zrobienia. Jeżeli robimy coś bez wiary w powodzenie. W sens działania. Cóż… każdy krok jest traktowany, jako zmarnowany. Każdy dzień stracony, a każdy poranek witamy bardziej zmęczeni, niż podczas kładzenia się do łóżka poprzedniego wieczoru.

Nie wierzysz?

Zapytaj standardowego pracownika korpo.

Wiara w siebie jest wymogiem koniecznym w dochodzeniu do poziomu eksperta, który nie będzie już potrzebował w siebie wierzyć, ponieważ nabędzie pewności, że sobie poradzi. I wtedy wiara już potrzebna nie będzie.

To taki paradoks działania wykluczających się nawzajem sprzeczności, które same obok siebie współistnieć nie mogą, ale nawzajem siebie potrzebują.

Musimy wierzyć mocno w coś, co w rezultacie udowodni nam, że wiara w to nie jest w ogóle potrzebna. Naprawdę, nie chcę Ci tego rozwijać, bo chociaż wiem, że dla mnie to absolutnie fascynujące, ale dla Ciebie pewnie strata czasu.

Gdybym miał opisać to koanem byłoby to:

„mężczyzna podszedł do brzegu rzeki

rzeka swoim brzegiem podeszła do mężczyzny”

Człowiek, który zmusza się, by oddawać swe życie dla sprawy w którą nie wierzy, kładzie się późno, by dać sobie czas odpocząć po morderczym dniu pracy. Kładzie się być może pełen nadziei na te parę godzin wytchnienia od bezsensownej gonitwy w kołowrotku życia. I tak zasypia. Ale za to wstaje zmęczony i przepełniony rezygnacją lub, co gorsza – goryczą. Goryczą, która jest wydrukowanym na toaletowym papierze paragonem za kolejny dopiero rozpoczęty, ale już skazany na zmarnowanie dzień.

Człowiek, który działa dla sprawy w którą wierzy, kładzie się satysfakcjonująco zmęczony, ale wstaje wypoczęty z nadzieją i ekscytacją.

Wróćmy do meritum.

Właściwie zakiełkowana i zakorzeniona wiara w coś jest czymś, co jest absolutnie konieczne w osiąganiu nawet podstawowych celów życiowych. W małych dzieciach tę wiarę w siebie indukują świadomi rodzice lub opiekunowie. Później ta czynność spada na nasze barki. Człowiek jest leniwym stworzeniem. Jeżeli nie ma powodu, by wychodzić z jaskini, to po co się wychylać? W nasze gatunkowe DNA wpisane jest budowanie strefy komfortu, która ma być azylem od niepotrzebnego wysiłku i ryzyka. Po co ryzykować spotkanie z tygrysem szablozębnym lub zarażonym rzeżączką mamutem? Albo w najlepszym razie moknąć w deszczu czy marznąć na mrozie?

Po kiego grzyba?

To część naszej natury.

Jaka jest moja konkluzja?

Jest nią pragnienie i życzenie, które chcę złożyć również Tobie.

Choć uczucie zazdrości jest mi obce, to podziwiałem moich znajomych, którzy obdarzeni (i z rozwagą użyłem tego słowa – obdarzeni) wiarą potrafią zmienić swoje życie na lepsze. Szanuje ich gotowość do zmiany, opartą na oddaniu swego życia w ręce siły „wyższej”, która wszak tej wiary jest reprezentantem. Ci ludzie potrafią dosłownie góry przenosić. Potrafią kroić rzeczywistość do swoich oczekiwań utkanych intencji. Ich precyzyjnie zogniskowana percepcja materializuje ich przestrzeń życiową w tą, którą chcą widzieć i doświadczać. Szacun. Uczę się tego.

Uważam i jestem w stanie się o to założyć, że jeżeli już ktokolwiek zostaje obdarzony darem wiary, to lepiej, by była to wiara w siebie i własne możliwości, niż wiara we wtłaczaną propagandą i mrzonkami ideologię.

Bo pierwsze i drugie doprowadzi Cię do końca drogi. Wierz mi, że tak będzie.

Pierwsze i drugie da Ci moc do działania i pokonywania niemożliwych przeszkód.

Ale pierwsza droga, wierz mi, będzie zupełnie inna od tej którą obierzesz, jako drugą.

Inny będzie jej koloryt i smak. Inaczej będą śpiewać skowronki. Inaczej będzie żółcić się mlecz przy drodze. Inną teksturę żwiru wyczujesz pod podeszwami sandałów. Słońce lejące się z nieba innym potem zrosi Twoje czoło.

Jedna droga i druga prowadzi do celu.

Tylko że jedną z nich po prostu nie warto iść.

I, co ciekawe, chociaż ten galimatias wydaje się być nierozwiązywalny w swym podstawowym paradoksie, to jest rozwiązanie. Jest. Proste, ale zdecydowanie niełatwe.

Ale wyjaśnieniem „jak” to zrobić – tym zajmuje się już moja Renia.

**

P.S. To nieskończony tekst. I nigdy nie mógłby taki być. Za każdym razem, gdy siadam do niego, stale chcę coś zmieniać, poprawiać, usuwać, dodawać.

A w międzyczasie pojawiło się sześć nowych tematów, których nie napiszę, gdy będę ciągle siedział przy skończeniu tego konkretnego, który nigdy statutu „skończonego” nie uzyska.

Wspaniałego tygodnia dla Ciebie.

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *