W poszukiwaniu przyjaciela

Pamiętam ten dzień, gdy się urodziłeś. Zupełnie, jakby to było wczoraj.

Wiesz, niektórzy ludzie zaczynają swoje opowieści od tego, jak niezwykła wtedy była pogoda. Albo, że był środek nocy na pustkowiu. Na niebie szalały żywioły. Od burz, po huragany.

Jednak historia, którą ci opowiem wydarzyła się naprawdę. W noc twoich narodzin panował tak wielki spokój, że nic, dosłownie nic nie zakłócało tej ciszy. Za dnia padał śnieg, przykrywając wszystko białym całunem, ale później się wypogodziło. Z nastaniem nocy ukazało się tysiące gwiazd oraz kilka planet. Księżyc wcale nie znajdował się w pełni. To była, mogłoby się wydawać, zupełnie normalna noc. Nasze miasto pogrążone było w głębokim śnie. Przynajmniej jego spora część.

Światło lamp sodowych rozświetlało zaśnieżone ulice. Mały sierp księżyca odbijał się blaskiem od ściany opuszczonych budynków. Nikt nie przejmował się jednak pogodą. W tę noc wszyscy, którzy nie spali zebrali się w barze u Leona. Było to jedyne miejsce, które w tym martwym mieście pulsowało jeszcze życiem. Miejsce, które miało w sobie coś ze starego świata.

W tę właśnie noc urodziłeś się ty.

A dlaczego właśnie tam?

Twoja matka mieszkała w pokoju na poddaszu, gdzie pełno było brudu i beznadziei. Mówię ci, że wystarczyło, żeby bawełniana ścierka upadła jej na podłogę, żeby piętro niżej ze starych belek sufitowych posypało się próchno i kurz. To było straszne miejsce, ale twoja matka nigdy nie narzekała.

To właśnie tam, wśród jej okrzyków, przyszedłeś na świat.

Przebywającym na dole gościom oznajmiłeś swoje przyjście głośnym płaczem. Wszyscy znali powabną Klarę, twoją rodzicielkę. Jej uśmiech napełniał radością nasze serca. Nigdy nie słyszałem również, żeby kiedykolwiek narzekała lub złorzeczyła. To była kobieta nosząca serce w garści i oferująca je każdemu. Na swój sposób kochaliśmy ją wszyscy. I szanowaliśmy.

Pierwszą rzeczą z wielkiego świata, którą usłyszałeś, był potężny okrzyk radości zebranego tłumnie towarzystwa.

Twoja rodzicielka niestety nie mogła już tego usłyszeć. Z twoim pierwszym oddechem ona wydała z siebie ostatnie tchnienie.

Pewnie nieraz zadawałeś sobie to pytanie, dlaczego tak się stało? Czy musiało tak się stać? Czy to twoja wina?

Wierz mi, nie tylko ty byłeś tego ciekaw. Ale, szczerze myślę, że na te pytania nikt nie zna odpowiedzi. Czasem po prostu tak się zdarza. Po prostu. I wiem, że to najgorsza, ale chyba jedyna prawdziwa odpowiedź.

W głównej izbie na dole, pamiętam to jak dziś, twój ojciec upił się do nieprzytomności. Wszyscy czuli respekt do starego Antona i powiadam ci chłopie, że nie było człowieka, który potrafił wypić tyle, co on. Niektórzy pewnie nazwaliby to alkoholikiem, ale na takie zarzuty Anton odpowiadał, że w pełni kontroluje swój nałóg, bo nie rozlewa gorzałki. Co zwykli czynić ogarnięte delirką moczymordy.

Ale faktem jest, że twój ojciec potrafił wypić morze alkoholu. Do legend przeszły opowieści, jak stary Anton przez cztery noce bez przerwy lał w siebie rum i popijał wódką. Po czterech nocach powiedział, że musi iść do roboty, bo ma żonę na karku. Wstał i poszedł. Tak po prostu. Z towarzystwa nikt nigdy nie widział go pijanego, bo wszyscy, którzy zaczynali z nim pić, spadali pod stół. I trzeźwieli, gdy Anton jeszcze nie skończył. Ludzie, którzy dobrze znali twojego ojca mówili, że był ze stali. Mówię ci, że to prawda. Znałem go również. Od małego. Nawet pracowaliśmy ramię w ramię w kopalni siarki i na szkunerze polującym na uchatki. To był twardy skurwiel. I ja również, tak jak inni, nigdy nie widziałem go pijanego. Choć wypijał pewnie połowę wódki przeznaczonej na nasze martwe miasto.

Tej nocy, kiedy się urodziłeś stary Anton upił się prawie do nieprzytomności. Pierwszy raz. Dosłownie nie był w stanie poruszać się o własnych siłach. Wył, jak stary wilk, który upolował bizona. Był szczęśliwy. Nigdy go takiego nie widziałem. Ani przedtem ani potem, bo gdy po chwili położna zeszła na dół i oddała mu ciebie w jego ręce stary Anton zrozumiał. Spojrzał w oczy akuszerki a wokół zapadła cisza, jaka zdarza się tylko kilka razy w roku, gdy wiatr chowa się za zachodni klif.

Wśród tego milczenia twój ojciec zapłakał.

Nie zapomnę tej sceny. Również tego, jak chwilę potem oddał swego syna w ręce tej, która pomogła przyjść mu na świat, postawił na stole niedopitą butelkę, odwrócił się i bez słowa wyszedł już całkiem trzeźwy. Nikt go później nigdy więcej nie widział.

Stary Anton umarł dla świata.

 

Po dwunastu latach opuściłem miasto. Stało się ono tylko jałową pustynią. Nikt nie chciał tam mieszkać. Z tego, co wiem, teraz nie ma tam nic. Byłem jednym z ostatnich, którzy opuszczali rodzinne pielesze. Bolało mnie serce, ale jednocześnie cieszyłem się, że wreszcie pogrzebaliśmy coś, co umarło wiele lat temu. Po jakimś czasie każdy trup zaczyna cuchnąć.

No i popatrz. Po tylu latach… Znalazłem cię wreszcie.

***

Przybyłem na wyspę o zmroku. Pogoda była typowa, jak na tę porę roku i szerokość geograficzną. Nie spodziewałem się niczego innego. Właściwie, w odnalezieniu ciebie pomogły mi stare przewodniczki. Można je wynająć za kilka dolarów na targu w Napa. Zaprowadzą cię dokładnie tam, gdzie chcesz, pod warunkiem, że nie naruszy to miejsca ich tabu.

Przed wyprawą w głąb wyspy napoiły mnie cuchnącym wywarem z ziół. Dlatego nie jestem pewien, czy mój wzrok widział to co było widoczne, czy też spoglądał za zasłonę niewidzialnego.

Tej nocy ujrzałem na niebie tysiące spadających gwiazd. Płomienny warkocz rozświetlił niebo od południowej strony przechodząc powoli na zachód, dokładnie tam, gdzie miałem nadzieję cię odnaleźć. Przewodniczka, którą zabrałem ze sobą zaczęła odmawiać jakieś tajemnicze modły w starym narzeczu, którego nikt ze współczesnych już nie pamięta. Tego języka używa sie tylko do wznoszenia modlitw. Język bogów, jak to nazwała. Nie wiem, o co się modliła. Powiedziała mi tylko, że właśnie w takie noce ścieżka, po której kroczą bóstwa, przenika się ze ścieżką ludzi. Dzięki temu można prosić o łaski.

Jakoś nie bardzo wierzę w ten dziki zwyczaj, ale już tyle widziałem, że trudno mi zaprzeczać istnieniu czegoś niepojętego dla mojego prostego umysłu. Jestem głupcem, który zdaje sobie z tego sprawę. Tylko tyle.

Spaliśmy wtedy pod gołym niebem. W takie gorące noce to normalne. Zacząłem się zastanawiać, skąd zrodził się u mnie pomysł odszukania ciebie. Ale znałem odpowiedź. I ty też ją poznasz. Jak tylko wydobrzejesz.

Choć teraz nie możesz nic widzieć, to pewnie kiedyś na pewno będziesz miał okazję obserwować to cudowne zjawisko. Dziki las. Ciszę zatopioną w niezmierzonej pustce. Odczułem to wyraźnie, całym sobą. Podczas wędrówki. Na całej trasie nikt nie zakłócał spokoju. Podczas postoju przewodniczka powiedziała mi, że następnego dnia cię znajdę. Nie wiem skąd, ale wiedziała to na pewno. Ludzie są dziwni…

***

Stare ulice.

Zapomniane miejsca. Pogaszone latarnie. Dziurawe dachy w zniszczonych czasem dzielnicach. Wraki samochodów pozostawionych na ulicy, po której biegały teraz głodne szczury.

Martwe miasto. Brak życia, brak wolności, której i tak tu nigdy nie było.

   ***

– Kiedy to się stało? – zapytałem.

– Pół księżyca temu – odparł Starszy osady. – Znaleźli go na szlaku nasi myśliwi.

Starszy wioski miał około sześćdziesiątki. Był chudy i nosił jedynie przepaskę biodrową. Miał ogromny szacunek u swoich współplemieńców. Sprawował funkcję Starszego od 14 lat. Urząd taki przyznawany jest dożywotnio.

– Na szlaku? – nie mogłem tego pojąć. – To doprawdy szczęście, że akurat tam zdecydowali się polować.

– Nie poszli polować – odpowiedział łagodnie Starszy – poszli tam po niego. Nie leżał tam długo – odpowiedział mi na niezadane przeze mnie pytanie. –  Wiedzieliśmy o tym, że się zjawi.

– Wiedzieliście? Jak to możliwe? Przecież nie można wiedzieć wcześniej, co się zdarzy.

– Nasi kapłani znają losy niektórych – Starszy odpowiedział tajemniczo. – Trzeba wsłuchać się w gwiazdy. One mówią nam to, co chcą, byśmy usłyszeli. Czasem opowiadają, co się wydarzy. My możemy jedynie słuchać.

Stary kapłan mówił mi coś, czego nie rozumiałem. Nie chodziło jednak o mnie, lecz o leżącego na posłaniu z liści mężczyznę. Postanowiłem nie drążyć tematu.

– Czy już wtedy był w takim stanie? – skierowałem rozmowę na właściwe tory.

– Był bardziej chory – odparł szaman,

– Opowiedz mi jak go znaleźliście – poprosiłem z szacunkiem.

Szukałem mego towarzysza. Znalazłem go, ale on już zdawał się nie należeć do świata żywych. Nic nie mogłem na to poradzić, niestety. I to mnie zdenerwowało.

– To było pół księżyca temu – zaczął opowieść – czterech naszych mężczyzn miało wyruszyć pozbierać zwierzynę z pułapek zastawionych kilka nocy wcześniej. Ale gwiazdy rozkazały iść w stronę zachodniego oka. Za przełęcz. Około dnia drogi od wioski. Tam znaleźli tego człowieka. Był ranny i miał gorączkę. W jego ranach zalęgły się już robaki. To duchy pozwoliły mu przeżyć, bo rany były ciężkie.

– Człowieku! – krzyknąłem, ale od razu zmitygowałem, uświadamiając sobie, z kim rozmawiam i jaką ten ktoś ma moc. – Wybacz – skłoniłem się z szacunkiem – z tego, co widzę, wasze wysiłki na nic się nie zdały, bo on już prawie nie żyje.

Starzec nie przejął się moim wybuchem. To chyba dobrze. Działałem pod wpływem impulsu. Nie potrafiłem nad sobą zapanować. Człowiek, którego szukałem przez osiem miesięcy wymykał się życiu, gdy go odnalazłem. To zbyt niesprawiedliwe. Ale kto powiedział, że istnieje jakaś sprawiedliwość?

– Niezbadane są ścieżki naszych posłańców – rozłożył ręce w geście rezygnacji. – Nikt nie może przewidzieć dokąd zmierza los ludzi uwikłanych w wieczną pajęczynę przeznaczenia. Nasza przewodniczka przeprowadziła cię przez góry. Wiedzieliśmy, że przybędziesz. Nasze kapłanki kierują się wiedzą Starożytnych. One również czasem wiedzą, co ma się zdarzyć. Twój towarzysz przeszedł już rytuał oczyszczenia. I dlatego jeszcze żyje.

– Czy szacowne kapłanki mogą mi powiedzieć – zacząłem niepewnie – czy mój towarzysz przeżyje? Nie na darmo pokonałem taki szmat drogi, żeby teraz dowiedzieć się, że to na nic. Czy jego ciało musi zostać złożone w ziemi?

Ta rozmowa zaczynała mnie trochę męczyć. Nic nie mogłem zrozumieć. Stary kapłan mówił coś, czego nie mogłem pojąć. Nad nami świecił jasny sierp księżyca. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach nocnej dżungli.

Westchnąłem i rozejrzałem się po wiosce. Pomiędzy chatami paliły się nieliczne ogniska. Mieszkańcy zasiadali wspólnie wokół ognia i raczyli się opowieściami. Za czarną ścianą lasu rozlegały się odgłosy dżungli. Niektóre z nich przyprawiały mnie o ciarki. Dziwne było to, że przez wiele dni wędrowałem przez najgęściejsze zarośla i wykroty, a mimo tego nie odczuwałem strachu. To z pewnością zasługa przewodniczki. I wywaru, który kazała mi pić. Sama woda, mawiała, nie wystarczy. To za mało. Nie odpędzi moskitów. Może dzięki tej miksturze się nie bałem?

Teraz za nic nie chciałbym wejść pomiędzy drzewa, w paszczę dzikiej puszczy.

Wioska, w której się znajdowaliśmy miała ciekawe umiejscowienie, ponieważ jedną stroną przytulona była do wysokiej na około sto metrów skały. Pozostała granica opleciona została ostrokołem. Wioska była po drugiej stronie wyspy od miejsca skąd wyruszyłem wraz z przewodniczką. Może to dziwne, ale według moich wyliczeń powinniśmy podróżować jakieś pięć, sześć dni. Jednak podróż zajęła nam prawie dwa tygodnie. Zapytałem o to szamana.

– Przewodnicy nie mogą przechodzić przez miejsca, gdzie mieści się tabu. To miejsca pochówku ich przodków, którym należy się spoczynek. Mogą tam chodzić tylko wtedy, gdy uzyskają pozwolenie od swoich przodków. A to nie jest łatwe.

Pamiętam, że tylko zmęczenie ciężką wędrówką hamowało moją wściekłość, gdy tylko się o tym dowiedziałem.

– Chcesz przez to powiedzieć – wyrzuciłem Starszemu – że podróżowałem ponad tydzień dłużej przez to piekło tylko dlatego, że przewodniczka nie chciała iść przez cmentarz?

– Nie wymagam, żebyś rozumiał – spojrzał na mnie z politowaniem. – Ale uszanuj nasze tradycje tak, jak my szanujmy twoje. Twój przyjaciel przeszedł już rytuał oczyszczenia. Według naszych zwyczajów. Dzięki temu żyje. Czeka go jeszcze jeden, który przyniesie do niego życie, albo śmierć. Musi przez to przejść. Czy to zła tradycja? A może pragniesz go zabrać i dostarczyć do swoich? Jak długo będzie wtedy żył? Czy wytrzyma dwa dni?

Widziałem, że się zdenerwował. Trochę przesadziłem. A powinienem być im wdzięczny. Dzięki nim on żyje.

Zapytałem kiedy nastąpi drugi rytuał oczyszczenia.

– Za cztery noce. W czasie połowy księżyca. To noc jego przodków. Miejmy nadzieję, że będą mu przychylni i pomogą mu.

Srebrny sierp rozświetlał nocne ciemności. Blada poświata rzucała słaby cień drzew i skał, które w swej czerni okrywały starego szamana i przywódcę osady.

Bałem się.

Kto by się nie bał?

***

Ciemna noc na starej wyspie.

To wszystko sprawiało, że odczuwałem ten kraj, jako nierzeczywisty. Jakby zrodzony został z moich myśli. Otoczenie, owionięte gęstą zawiesiną oparu z dżungli zdawała się mieć moc przywoływania nocnych koszmarów splecionych z rzeczywistością. Postaci z miejscowych legend przechadzały się wraz z żywymi. To niesamowite misterium tajemniczości sprawiało, że odczuwało się taki kontrast pomiędzy tym miejscem a Zachodem.

Leżąc na wznak pod błyszczącymi gwiazdami, otoczony odgłosami z otaczającej nas dżungli, nie mogłem spać. W tej niesamowitej ciszy – myślałem. Wspomnienia uderzyły na mnie z siłą, której nie mogłem się przeciwstawić. Twarze, ludzie, miasto. Śmierć i ucieczka.

Tak. Pamiętam.

Po dwóch latach, po odejściu Starego Antona zaczęło się dla nas piekło. Spodziewaliśmy się tego. Nie sądziliśmy jednak, że to stanie się tak szybko. Ale na tym polega dobra strategia wroga: zaskoczenie.

Odszukałem wreszcie Jakuba. Miałem nadzieję, że pomoże mi dotrzeć do mojej córki. Wiedziałem jak i gdzie go szukać. Chociaż moja córka zaginęła bez śladu, to jestem jednak pewny, że Jakub wie, gdzie mogę jej szukać. Odeszli tego samego dnia. Wspólnie. I byli ze sobą blisko.

To on jest jedynym kluczem do odnalezienia mojej córeczki.

Dlatego musi przeżyć.

Musi!

***

W końcu musiałem zadać to pytanie.

– Czy przewodniczka może mi wyjaśnić, jak dotrzeć do wybrzeża najkrótszą drogą?

Gdy zadałem to pytanie, Starszy osady spojrzał na mnie dziwnie pobłażliwym wzrokiem. Czuł do mnie sympatię, ale dawał do zrozumienia, że jestem człowiekiem innej kultury i nie rozumiem, że tu czas ma inne znaczenie.

– Drogi przybyszu. Prosisz o coś, czego nie możemy spełnić. Nasze zwyczaje maję tysiące lat. Nie łamiemy ich. Szanujemy pamięć przodków poprzez zapewnienie im spokoju. Pytając o najkrótszą drogę, pytasz o własną śmierć. Nie można przebyć wyspy inną drogą, niż tą, którą tu trafiłeś. Nasza przewodniczka nie poprowadzi cię. A sam zginiesz. – Spojrzał mi w oczy. Zobaczyłem w nich zrozumienie. Ale również stanowczość. – Nie możesz zapominać o swoim towarzyszu. To po niego przybyłeś. Czy rozumiesz już?

– Nie mogę długo pozostać wśród was – odparłem z szacunkiem. – Szanuję twoją pomoc i dziękuję za nią. Jednak jak tylko Jakub dojdzie do siebie, musimy wyruszyć natychmiast. Choćby sami.

– Skoro tak musi być, to niech tak będzie. Oby duchy nocy roztoczyły opiekę nad tobą. Będziecie mogli wyruszyć, gdy tylko zechcecie.

– Dziękuję – odparłem do szykującego się do odejścia Starszego. Nastała głęboka noc.

Odprowadziłem go wzrokiem, dopóki nie otoczył się ciemnością. Zostałem sam. Musimy wyruszyć najkrótszą drogą do wybrzeża. Do portu. Do życia i cywilizacji. Pójdziemy przez ich święte miejsce. Na pewno nic złego się nie stanie. Chociaż, kto wie…

Ale i tak wszystko wyjaśni się jutro.

I będę wtedy się okaże, czy wyruszę w powrotną drogę sam, próbując pogodzić się ze zniknięciem córki, czy wyruszymy w tę podróż razem. We dwóch.

Jutro odbędzie się rytuał.

 

Dopisek: To krótkie opowiadanie było kiedyś początkiem powieści. Historii o poszukiwaniu, zdradzie, przeciwnościach losu, przemijaniu i ostatecznej przemianie. Zakończenie pierwotnie miało być smutne. Ale dziś zakończenie bym zmienił 🙂

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *