Czy oszukano całe pokolenie?
Gdy byłem małym chłopcem, wydawało mi się, że gdy dorosnę, zdobędę cały świat. Rzucę go na kolana sprawczą mocą moich działań. Wtedy wszystko wydawało się możliwe. Pchały mnie marzenia, których obowiązkiem było się ziścić. No bo co mogło niby pójść nie tak?
Dlaczego niby coś miałoby się nie udać?
O reperkusjach i skutkach tych przekonań opowiadał nie będę, bo to osobiste i dla Ciebie na pewno nudne. Wspominam o tym kierowany przeczuciem, że i Ty również rozumiesz, co mam na myśli.
Jestem przekonany na sto procent, że Ty również to dostrzegasz. Te wyrachowane, bezduszne kroki architektów globalnego porządku, które w swoim długofalowym, rozłożonym na dekady działaniu mają dosłownie rozłożyć na łopatki całe społeczeństwa.
Siła tej machiny przypomina tsunami, które już dawno przelało się przez falochrony i zapory naszych zasad, honoru, moralności i ludzkiej przyzwoitości.
A to dopiero początek.
Wpajanie propagandowych przekonań trwa już od wielu dekad i jest trendem, który narasta. A przeczuwam (nie będę tutaj przytaczał dokładnej analizy), przypuszczam, że to jeszcze się pogłębi.
Co mam na myśli?
A jak Ci się wydaje? Kogo jest najłatwiej zdemoralizować, zmanipulować, zindoktrynować? Kogoś o wypracowanej doświadczeniem żelaznej moralności i nieustępliwości wobec problemów? Czy kogoś, kto dopiero dorasta, dojrzewa i poszukuje własnej drogi na tej płaszczyźnie rzeczywistości?
Gdybym chciał masowo rozłożyć społeczeństwo, to najpierw skaziłbym tych młodych, których wychowało solidne pokolenie. Twarde. To o żelaznym kręgosłupie. Odciągnąłbym uwagę młodych technologią, rozwiązłością, hazardem, stymulantami dopaminy. Podkręcałbym ich zbiorowe ego. Oj. Długo mógłbym pisać, jak to zrobić, bo to wiem. Oraz ci, co rządzą, również osiągnęli w tym biegłość. Mówią o tym stare podręczniki i manifesty, których tytułów nie będę wymieniał (celowo), na doktrynach Brzezińskiego kończąc.
Czytałem te instrukcje najlepszych marksistów i komunistów opisujących krok po kroku metody skutecznego demontażu całych narodów. Do tego dochodzą jeszcze wyrafinowane techniki innych despotów i geniuszy zła. Mówię tylko, że to, co widać, jest perfekcyjnym przykładem rozpędzonej maszyny do walcowania nie tylko całych narodów, ale przede wszystkim zaprojektowanych do walcowania ich ducha.
Do miażdżenia człowieka.
Jako jednostki.
Bo nie trzeba walczyć z milionami ludzi. Serio Nie ma takiej potrzeby.
Wystarczy po prostu pokonać… człowieka.
Więc na początku, w pierwszym pokoleniu, zmiękczyłbym dzieci tych silnych i niezłomnych. Zepsułbym ich. Zbuntował i postawił w kontrze do rodziców i nauczycieli. Na tym zbuntowanym pokoleniu zbudowałbym całkiem nową ideologię. Zasiałbym ziarenko postmodernizmu zasadzonego w doniczce zielonej ideologii i podlałbym to wszystko marksistowskim moczem równości rasowej i zakwaszonego feminizmu. Rozpędziłbym to ideologią opartą na przeciwstawnych zasadach od tych, które wyznawało pokolenie powojenne aż do lat osiemdziesiątych.
Ale nie atakowałbym, oj nie. Jeszcze byłoby za wcześnie.
Ten kwaśny sos musi dojrzewać dwie dekady.
Ale cierpliwość popłaca, jak mawiają.
Nie atakowałbym ich samych. Oj nie. Dlaczego? Bo w ich obronie stanęłoby silne, niezłomne pokolenie ich ojców i matek wychowanych na powojennych zasadach. A z nimi nie miałbym szans.
Pamiętaj: jeżeli chcesz zaatakować młodych, musisz najpierw osłabić ich rodziców.
Zaatakowałbym dopiero dzieci tego spaczonego pokolenia.
Zacząłbym od edukacji. Zatrułbym wszystkie prestiżowe uczelnie i instytucje. Takie, które miały jeszcze wypracowany przez dekady lub stulecia autorytet. To dałoby mi legitymację do wpajania pod płaszczykiem nauki i kultury trucizn, które przyjmowałoby to najmłodsze pokolenie bezkrytycznie. Spijali by tę ideologiczną cykutę, niczym najsłodszy nektar. I nawet by nie zauważyli, że powoli gasną. Marnieją. Umierają.
A tak a`propos, czy wiesz, że Foundation for Individual Rights in Education (FIRE), które edukuje Amerykanów na temat znaczenia tych niezbywalnych praw (wolności słowa) promuje kulturę szacunku dla tych praw i zapewnia środki do ich ochrony, ogłosiło, że Harvard zdobyło ostatnie miejsce na liście uczelni szanujących wolność słowa?
(źródło z 28.12.2023: www.insiderpaper.com/harvard-ranks-worst-for-free-speech-scoring-zero-in-new-report/)
Harvard, Panie i Panowie.
Ale to dygresja, która potwierdza to, o czym piszę.
Ale wróćmy do konkretów.
Czyli jak zniszczyć całe pokolenie? Poza (co już się dzieje) zatruciem uniwersytetów, rzecz jasna?
To jeszcze za mało. Oj za mało. Jak to bardziej zepsuć? Jak to rozszerzyć? Jak scementować?
Przekonałbym całe pokolenie do jeszcze czegoś. I wiem, że to na pierwszy rzut oka jest absurdalne i głupie. I chociaż wydaje się, że nikt o zdrowych zmysłach nie przyjąłby zbrodniczej, samobójczej ideologii, udałoby mi się to.
Dlaczego?
Bo widzę, że realizacja tego planu trwa w najlepsze od co najmniej trzydziestu lat. I ta procedura demontażu doskonale się sprawdza. Powoli, wytrwale i w ukryciu. A dziś jest ten czas, gdy architekci tej przemiany otwarcie wykładają karty na stół, obnażając przed całym światem mój niecny, demoniczny plan. A przygotowany od dekad świat nie zadaje żadnych pytań. Żadnych zastrzeżeń.
Stado idące na rzeź.
Dość tego obrazu budowanego z punktu mojej osoby. Wiemy, jak rozłożyć całe krainy. Wie to każdy, kto przeczyta parę odpowiednich książek.
Pora przejść do konkretów. Czyli do jednego z wielu mechanizmów nieodwracalnej dekompilacji społeczeństwa. Skupię się tylko na jednej z wielu metod.
Więc…
Chodzi o to, że wpajanie naszemu dorastającemu pokoleniu przekonań, że sam fakt „istnienia” sprawia, iż jest się wyjątkowym, implikuje wyłaniający się z tego katastrofalny w swym długotrwałych skutkach wniosek i skutek. No bo jeżeli samo istnienie wystarczy do bycia absolutnie wyjątkowym i unikalnym, jeżeli sam fakt przyjścia na ten świat jest wystarczającym powodem, by wypinać pierś po medal najbardziej wyjątkowego mieszkańca planety, to tak naprawdę wyjątkowi… są wszyscy.
A cytując starą maksymę – jak wszyscy są wyjątkowi, to tak naprawdę… nikt nie jest.
I dlatego uważam, że również w tym aspekcie całe pokolenie perfidnie oszukano. I robi się to nadal. Autorytety szkolne i akademickie, których życia zawodowe oraz kariery zależą od podopiecznych, którym mieli przekazywać wiedzę i wzbudzać mądrość, powiedzą każde kłamstwo, aby zachować posady i stanowiska. Bez żadnych skrupułów wcisną najbardziej naciągany kit, przez każdą poluzowaną przez młodzieńczą naiwność szparę, by zaklajstrować chęć własnego poszukiwania prawdy o sobie. Wcisnąć każdą ideologię i trend pod płaszczykiem mody, „badań naukowych”, konsensusu i tego, co oni nazywają jedynie słuszną „prawdą”. To „My” głosimy prawdę. I tylko nasza jest prawdziwa. Innej wygłaszać nie wolno!
Jeżeli ci wmówimy, że jesteś wyjątkowy z faktu samego istnienia, jeżeli uwierzysz w tę iluzję, to jednocześnie nadamy znaczenie NASZEMU istnieniu. Istnieniu naszych tytułów, karier, stanowisk, pensji, władzy i ważności. Tak zdobędziemy władzę, uznanie, autorytet, wpływ, a w rezultacie – twoje życie. Twoje życie, które zamienimy na twoje pieniądze, twoją lojalność, twój głos w wyborach, twoje decyzje przy regale w markecie.
Opętamy twój umysł. Powiemy ci, co masz myśleć. Powiemy, kogo masz kochać. Kogo nienawidzić. Na co patrzeć, a od czego odwracać wzrok. W naszych wiadomościach z pudełka pokażemy świat, jaki jest naprawdę. A ty nie zakwestionujesz niczego, gotowy iść na barykady jako mięso armatnie w obronie naszych „prawd„.
Aż w rezultacie, na samym końcu (nawiązanie do klasyki) pokochasz Wielkiego Brata.
Jest się więc o co się bić. Jest o co walczyć, ponieważ dla większości ludzi, którzy przez całe życie karmili tylko swoje nienapasłe ego, odcięcie od koryta oznacza utratę powodu, by istnieć.
A wiem to, bo miałem przyjemność zakończyć znajomość z wieloma, którzy nie są już ludźmi. Są swoim nazwiskiem. Są swoim tytułem. Są swoim stanowiskiem. Są swoim nadętym wyobrażeniem o sobie. A pod spodem? Nie ma już nic. Bo pod przejrzystą bibułą autorytetu, władzy i tytułów nie ma nikogo, kto miałby cokolwiek do zaoferowania światu. Napompowana bańka słów, znaczeń, tytułów i ważności jest tak naprawdę wydmuszką.
Pustą w środku.
I takie właśnie autorytety i nauczyciele wypuszczają w świat całe rzesze bezwartościowych narcyzów. Niewyedukowanych społecznie i niewykwalifikowanych rynkowo obywateli. Absolwenci szkoły wyższej zajebistości, o kierunku nijakim, zrodzonym z idei, często nie potrafią zbyt wiele, ale ideologią i pewnością we własną unikalność nikt im nie dorówna. Przecież został NAUCZONY, że skoro jest wyjątkowy wyłącznie przez sam fakt istnienia, to mu się NALEŻY.
I tak oto każdy unikalny zasila tłum takich samych, jak on. A pokolenie „dej” rośnie w siłę.
To aż niepojęte, jak w sposób wyrachowany, perfidny i socjopatyczny wręcz oszukano całe pokolenie. Powiem więcej – dali się oszukać często ci, którzy wychowali się jeszcze w czasach niekwestionowanego realizmu wartości i pragmatyzmu życiowego. Dali się nabrać ideologii, za którą nie stoi nic poza destrukcją i dekompilacją podstawowych pryncypiów fundamentu społecznego.
Cóż, oszukać można każdego. Wystarczy tylko znaleźć jego słaby punkt. Nie będę się wymądrzał i rozkładał pawi ogon, co to, to nie. Mnie też oszukano, czy też (idąc za moja filozofią własnej odpowiedzialności za swoje życie) – sam dałem się oszukać. Niewyrosły z dziecięcej naiwności łykałem zapewnienia ludzi, którzy mówili, co chciałem usłyszeć i pompowali we mnie wiarę w rzeczy, w które wierzyć nie powinienem.
Na szczęście życie obudziło mnie bardzo wcześnie, chociaż o wiele za późno. Siarczystym, bolesnym strzałem z pięści w pysk.
Boli do dziś, ale przynajmniej wiem, jak byłem głupi. To, czy nie jestem głupi dziś, pokaże jutrzejszy dzień.
Ale wróćmy do ideologii, bo jak zacznę pisać o sobie, to skończę za dwa zdania.
Patrząc na źródła tej fali zalewającej umysły podatnych na nią ludzi widać naprawdę wiele mechanizmów, które wywodzą się czy to ze sztuki wojny (Sun Tzu), czy innych podręczników do dekompilacji społeczeństw. W tym z kolei ekspertami byli wschodni „myśliciele” społeczni. Od Carycy Katarzyny II począwszy. Chociaż przed nią było ich wielu. Ale istotne jest to, że godni następcy od tych mistrzów marksizmu czerpali i ulepszyli stare, sprawdzone metody, czyli wszyscy współcześni architekci nowego ładu; „społeczeństwa 2:0”, trans humanizmu. Jak widać, doprowadzili prawie do perfekcji mechanizmy, które działają poprzez demoralizację, rozłożenie zasad moralnych czy atak na wartości, które trzymają to wszystko w kupie. Trzymały, bo przez ostatni czas ta fala przybrała moc tsunami. Ideologia ta zakradła się do najczulszych tkanek naszego społeczeństwa i bezlitośnie zatapia wypracowywane przez dziesięciolecia nadludzkim wysiłkiem całych pokoleń przodków zasoby i bogactwa.
Nie będziemy mieć niczego i będziemy szczęśliwi.
My?
Nie.
Nasze dzieci.
Ideologia programowania głodnych atencji umysłów zbiera wielkie żniwo, a tak naprawdę ciekawie to dopiero będzie. Wędrując wśród samych wyjątkowych nadzwyczajnych nie można oprzeć się wrażeniu pląsu pomiędzy śniącymi zombie.
A przecież jeszcze nie tak dawno normą było, że wartość człowieka mierzono na podstawie wartości, jaką mógł ofiarować światu. Społeczeństwu. Dawniej ludzie wiedzieli, ile są warci, ponieważ ważniejszą od ego była wartość, którą się dawało innym. Coś tak pogardzanego dziś, jak zwykła solidna, ciężka praca. Jak w dawnych społecznościach: kto nie pracował, nie dawał wartości, nie mógł uczestniczyć w życiu plemienia. Bezproduktywny członek zgromadzenia był skazywany na banicję. W najlepszym razie. Nie mógł trwonić zasobów wspólnoty, jeżeli w sposób mierzalny do niej nie dokładał.
A dziś?
Dobra. To tylko rozważania, bez oceny emocjonalnej. Bez psioczenia. Dlaczego? O tym na końcu. Bo, jak zawsze, w każdej sytuacji jest szansa dla tych, którzy będą mogli okazję dostrzec. A okazja, WIELKA okazja, zbliża się. Okazja być może największa od dekad.
Ale wróćmy do naszych zwykłych niezwykłych. Bo przyjęcie filozofii autozajebistości ma daleko idące konsekwencje na absolutnie wszystkich płaszczyznach. Od głęboko osobistej związanej z własnym ego i fundamentów samooceny, do obszarów dotyczących całego społeczeństwa. Tutaj potężna rolę odgrywa współczesny feminizm, ale to osobny temat. Cholernie kontrowersyjny i gorzki, bo to właśnie on miażdży kobiety, niczym walec drogowy. Niemniej, to naprawdę rozległy temat. I taki, jaki lubię, czyli wielowątkowy, wielopłaszczyznowy i niezwykle skomplikowany.
No więc wrzucę jeszcze słowo przekory. Skoro każdy z tych produktów nowego społeczeństwa 2.0 jest absolutnie wyjątkowy, najcudowniejszy i jedyny w swoim rodzaju, skoro jest tak unikalny, że za samo istnienie należy mu się to, na co normalnie trzeba pracować, to po co się rozwijać?
Rozumiesz tę implikację?
Oczywiście, że rozumiesz.
Spójrz na to z tej strony.
Skoro zjadłem wszystkie rozumy, to niczego już nie muszę się uczyć. Prawda? Przecież wszystko wiem, co nie? No przecież wiem, że wszystko wiem.
Jeżeli w swej pierwotnej formie jestem doskonały, to nie muszę przyjmować żadnej krytyki ani się rozwijać. A ci, co krytykują, siłą rzeczy muszą być ode mnie gorsi (przecież ja jestem idealny) więc to po prostu hejterzy i zazdrośnicy. A na ich słowa nie zwracam uwagi. Krytyki dziś się nie słucha. Krytyka równa się hejt. I to mnie w najwyższym stopniu oburza!
A to, że do niczego się nie nadaję?
Niekompetencja?
Że niby czegoś nie wiem, lub nie potrafię? Oj tam. Czepiają się zazdrośni i zawistni hejterzy.
To nic, że od samego patrzenia w lustro, odbicie aż krzywi się z obrzydzenia. Zasługuję na partię z poziomu minimum dziewięć. Ale raczej preferuję dychę.
To nic, że jestem tłustym, leniwym spaślakiem. Ale za to wnętrze mam piękne.
To oczywiste, że oczekuję od innych wszystkiego za darmo, w zamian dając wyłącznie możliwość obcowania z moją własną, najjaśniejszą osobą.
Wystarczy przecież, że zaoferuję siebie. Czas spędzony z moją doskonałą wersją mnie w mojej idealnej osobie.
Okay, trochę robię sobie jaja i wkraczam na niebezpieczne obszary, więc zostawię to na kiedy indziej. Dlaczego? Bo muszę przygotować rzetelną analizę tego zjawiska pod kątem społeczno-kulturowym.
Po co mi to?
Nie dla posta na FB. Nie. Robię to w ramach przygotowania do pewnej historii. Mocnej.
Ale wracając…
Napomknę tylko o wyłaniającej się szansie.
Faza dogłębnego przekonania o swojej zajebistości jest doskonałym fundamentem dla życiowego startupu, pod warunkiem, że w młodym człowieku stosuje się rozdzielność samooceny wynikającej z jego istnienia od efektów jego pracy.
Innymi słowy: w krainie ślepców, jednooki jest królem.
Jeżeli młody człowiek jest uczony, że jego wartość jest zależna od wartości, jaką daje światu (bardzo górnolotnie mówiąc), to na podstawie świadomego budowania zaufania do własnej sprawczości, jest on w stanie „zdobyć świat”. No, oczywiście, nie cały, ale na pewno swój własny.
Skrót do przepisu na sukces i szczęście jest schowany w kieszeni moje kurtki. I nie będę się wymądrzał, ucząc jak do tego dojść Nie czuję się dostatecznie kompetentny, ani w obszarze szczęścia, ani tym bardziej sukcesu.
Ale mam coś innego, co daje mi znacznie więcej.
Więc zdradzę pewną myśl. W pigułce. Piszę to głównie dla młodych, bo my już to wiemy.
Tylko ofiarowana przez Ciebie wartość, która dla innych okazuje się przydatna, ratująca, jest tym, co zapewni Ci wartość w społeczeństwie.
No dobra, nie musi być ofiarowana. A nawet nie powinna. Powinna być sprzedawana. Sprzedawaj wartość. Coś, co inni uznają za rozwiązanie swoich problemów. Coś, co pomoże im przybliżyć się do tego, czego pragną lub oddalić się od tego, czego się boją.
Albo wiesz co? Nie sprzedawaj! Ludzie mają taką naturę, że nawet, jak oferujesz cudowne i skuteczne rozwiązanie na ich problemy, to i tak od razu uznają Cię za „wciskacza” lub akwizytora. Nie sprzedawaj.
POZWÓL IM KUPIĆ.
Ale pamiętaj: oni nie chcą, byś im sprzedawał.
Nawet, jeżeli dupę im to uratuje.
Czy to będzie Twoja usługa, przysługa, oferta, system, czas, algorytm, produkt, cokolwiek.
Pozwól im rozwiązanie swojego problemu po prostu kupić.
A wtedy nie będziesz się wyróżniał jedynie z szeregu wszystkich podobnych, lecz z rzędu tych unikalnych.
I tego Ci życzę.
Add a Comment