Zdążysz go zabić zanim zginiesz

ROZDZIAŁ I

Gabinet psychologii i psychiatrii sądowej. Doktor Andrzej Kowal.
Wtorek, godzina 14:01.

– Proszę usiąść – psycholog wskazał fotel gościowi. – Gdy tylko będzie pan gotowy, możemy zaczynać.

Doktor Andrzej Kowal, oprócz wykonywania wielu innych obowiązków, był etatowym psychologiem wydziału wewnętrznego. Poza praktyką w szpitalu dla obłąkanych, w którym pełnił rolę dyrektora, udzielał porad funkcjonariuszom służb mundurowych oraz specjalnych. Ogromne doświadczenie, niekwestionowany dorobek naukowy, budowany przez dziesięciolecia, owocowały mnóstwem zasług na polu behawiorystyki kryminalnej. Zasługi te stawiały doktora jako absolutny autorytet tej dziedziny. Dla zwykłego człowieka był po prostu szczupłym, siwym dziadkiem, który przekroczył sześćdziesiątkę. Nosił stary, akademicki garnitur w kratkę z powycieranymi rękawami. Uosobienie stereotypu kogoś, kto niczym się nie wyróżnia.

Ręce, upstrzone rdzawymi plamami, nerwowo wertowały kartki z analizami, raportami i zaleceniami.

Widząc, że gość usadowił się już na fotelu, doktor poprawił swoje okulary, nachylił się i uruchomił dyktafon leżący na stoliku.

– Cieszę się, że rozpoczynamy sesje właśnie teraz – zaczął. – Z akt, które mi dostarczono wynika, że zgodnie z wyrokiem sądowym i decyzją komitetu dyscyplinarnego te sesje mają odbywać się raz w tygodniu – spojrzał w teczkę i odwrócił kartkę, by doczytać coś na jej górze z drugiej strony – przez rok.

Spojrzał na gościa i przedłużył wymowną pauzę, badając jego reakcję na wypowiedziane przez chwilą słowa.

– Ale sam pan przyzna, iż pomijając obligatoryjne wykonanie zaleceń, terapia, pozwoli pan, że użyję tego słowa, może przynieść korzyści przede wszystkim panu – doktor Kowal obserwował zachowanie gościa czujnym okiem.

Siedzący naprzeciwko niego mężczyzna liczył trzydzieści dwa lata. Był dość postawny, o wzroście metr osiemdziesiąt dwa centymetry. Po sylwetce można było wywnioskować, że był w świetnej formie przez wiele lat. Wydawał się gibki, choć jednocześnie na brzuchu, ukrytym pod ciasną koszulą, oraz na podbródku, wyraźnie rysowały się początki nadwagi. Spojrzenie mężczyzny było bystre, przenikliwe, a twarz nie wrażała żadnych emocji. Doktor zauważył, że gość bacznie lustruje eleganckie pomieszczenie. Proste linie. Dużo światła. Monstera. Jego wzrok prześlizgnął się po regałach pełnych branżowych książek. Spoczął na chwilę na ścianie, badając całe rzędy oprawionych w aluminium dyplomów i certyfikatów. Nie wywarły one na nim większego wrażenia. Wędrując wzrokiem na drugą stronę gabinetu, przyjrzał się biurku, na którym panował idealny porządek. Teczki poukładane w równe stosiki. Pojemnik na pióro. Dodatkowo lampa, podkładka na kubek z herbatą i komputer przenośny, aktualnie wyłączony. Na chwilę wzrok musnął samego doktora. Jego analiza zajęła mężczyźnie najmniej czasu.

– Podejrzewam – gospodarz ponownie zagaił rozmowę – że również pan jest gotowy na to, abyśmy odbyli nasze sesje w najbardziej skuteczny i efektywny sposób, na jaki zezwala obecna wiedza z zakresu psychiatrii i behawiorystyki. Proszę zatem zacząć, kiedy będzie pan gotowy.

Widząc, że siedzący przed nim gość uparcie milczy, psychiatra postanowił zmienić strategię.

– Może łatwiej będzie panu zacząć opowieścią o jakichś ciekawych przypadkach z okresu pana służby? – zaproponował. – Może jakieś miejskie legendy? Ciekawostki? Być może, mówiąc o trudnych sprawach, lepiej zacząć od tych łatwiejszych?

Gość oparł się o fotel i z rezygnacją westchnął. Analiza pomieszczenia, doktora i jego intencji wypadła dobrze. Zresztą, sprawdził go już wcześniej. Najważniejsze jednak było to, że nie miał wyjścia – musiał przez to przejść. To było zobowiązanie wobec kogoś, kto był mu bardzo bliski. I ukrywanie tego, co się wydarzyło, nie mogło pomóc ani jemu samemu, ani pamięci tych, których kochał. Postanowił, że nie będzie niczego ukrywał. Raz jeszcze przyjrzał się psychiatrze. Dobrze mu z oczu patrzyło. Jego spojrzenie, postawa i niecierpliwe wyczekiwanie potwierdzały również to, co już wiedział – doktor aż kipi z ciekawości. Cóż, także był człowiekiem.  

– Tylko poprawnie zapisz nazwisko. Dobrze, doktorku? – rozpoczął niespiesznie pacjent. – Kostecki. Michał Kostecki. Jeszcze do niedawna sierżant i detektyw śledczy wydziału dochodzeniówki przy trzecim komisariacie.

Wymuszony uśmiech i nieudolny żart pogłębiły tylko wrażenie smutku w jego oczach.

– O co pytałeś? A, czy znam jakieś miejscowe niesamowite historie? – westchnął i rozparł się wygodniej w fotelu. – O, jasne. Znam wiele miejskich legend. Przez lata trochę się tego uzbierało. Prawdę powiedziawszy – potarł dłonią czoło, jakby już był zmęczony – chyba aż za dużo.
Zapatrzył się w jeden punkt, najwyraźniej gdzieś daleko za ścianą. Doktor był zbyt doświadczony, żeby wyrywać go z chwilowego zamyślenia.

– Dlaczego czuję przesyt? – wrócił do tematu po chwili milczenia pacjent. – Tak naprawdę, nie wiem sam. Mogę jedynie przypuszczać. Domyślam się, że głównie z dwóch powodów. Pierwszy: wydaje mi się, że to może trochę przez moją dawną pracę.

Wykrzywił wargi w drwiącym uśmiechu. Po chwili kontynuował.

– Wiesz, na co dzień widuję rzeczy, którym normalny człowiek wiary by nie dał. Nigdy byś nie uwierzył, że się wydarzyły. A one po prostu się dzieją. Ot tak. – Pstryknął palcami i poprawił się nerwowo w fotelu.

Przez chwilę słychać było jedynie stłumione kroki na korytarzu. Doktor czekał.

– Zastanawiałem się nad tym długo i chyba się domyślam, jaki może być drugi powód – podjął po chwili. – Trochę śmieszny, bo trudno mi go ubrać w logiczny, zdroworozsądkowy argument. Nie chodzi o to, że się go wstydzę. Nie, nie. Ale on mnie drażni. Świerzbi. Jak swędzące miejsce pod warstwą gipsu na złamanej ręce. Rozumiesz? Jakbym w środku śnieżycy nie mógł postawić kołnierza płaszcza.

Kostecki rozkręcał się nieznacznie z każdym wypowiadanym zdaniem. Potrzeba wygadania się, wyrzucenia z siebie tego, co go gryzło, narastała. Choć dochodził do tego okrężną drogą.

– I właśnie z tymi mitami jest podobnie – kontynuował. – Cóż, jakby ci to rzec… Legendy są dla dzieci. Znaczy się, te dobre legendy są dobre dla dzieci. Mity i podania snujące się pomiędzy przecznicami tego miasta zdecydowanie dla dzieci nie są. Pląsające po elewacjach strachy, kapiące z sopli zamieszkałych pod gzymsami kamienic ponure przekonania, pasące się strachem całych dzielnic wyszarzałych mieszkańców obawy, podsycają te legendy. Dają im moc. To, jakbym mógł to określić najbardziej trafnie, pewien kult. Tak. To dobre słowo. Kult. Mieszkańcy wolą wielbić złego bożka. Karmią go.

Psycholog w milczeniu kiwał przytakująco głową. Wiedział, że sesja zaczyna zmierzać w dobrym kierunku. Nie dostawał suchych faktów. Dostawał coś więcej – wynurzenia, momentami nieskładne, ale niosące pacjentowi uzdrowienie, choć w czasie jeszcze bardzo odległe.

– W moim wydziale śmiali się ze mnie – snuł swą opowieść mężczyzna – że zanim usiądę za biurkiem, muszę odśnieżyć nie tylko mój podjazd ale i moje człowieczeństwo. Nie no, oczywiście, dokładnie tak tego nie nazywali. Kto normalny tak mówi? Użyłem metafory.

Smutny uśmiech przyszedł mu tym razem naturalnie.

– Bo jak miałem ci powiedzieć, że, według moich współpracowników, z rana jestem niczym wrzód na dupie? Sam widzisz…

Zza okna dobiegały stłumione odgłosy otulonego zimą miasta. Matowy, monotonny szum silników wydawał się najodpowiedniejszym tłem do wypowiadanych właśnie słów.

– Chcesz usłyszeć o mojej najważniejszej sprawie? – głos Kosteckiego przybrał szarą, jak szmer miasta barwę. – Tej, która jest dla mnie niczym opowieści o UFO? Sprawie nie ulotnej, nie patroszącej krów i nie porywającej ludzi, aby robić im kosmiczne per rectum. Po prostu równie niemożliwej i przez to tak trudnej do uwierzenia. Tej, której tak naprawdę nigdy nie było. Żadnej wzmianki, żadnego papierka, raportu. Nic. I to właśnie przez tę nieistniejącą sprawę  wylądowałem na zielonej trawce. To ironiczne, nie uważasz? W naszym mieście to chyba najlepsze miejsce, w którym można się znaleźć. Oczywiście, zjeżdżając na tę kwiecistą, pachnącą ziołami łąkę gołą dupą po ostrym lodzie upokorzeń, degradacji i zapomnienia…

Pierwszy raz odkąd zaczął mówić, spojrzał doktorowi przenikliwie w oczy.

– Wiesz, w środku śmiałbym się, bo to wydaje się trochę zabawne, ale nie jest mi do śmiechu. Dlaczego? No cóż, doktorku. Ano dlatego, że w twoim spojrzeniu widzę zapowiedź przyszłości. A w niej odbijam się ja. Tak. W twoim spojrzeniu widzę siebie, śmierdzącego strachem, stojącego potulnie przed trybunałem wydającym zgodę na lincz. I naprawdę, żałuję, że nie zapomniano o mnie permanentnie.

 

ROZDZIAŁ II

Rok wcześniej. Zimowy poranek.

Michał Kostecki budził się powoli. Ślęczenie nad papierami do późna zawsze miało konsekwencje nad ranem. Nocne odmęty snu mijały bezpowrotnie, niczym spłoszone kawki ze szczepu czereśni. Sny. Tak rzadko je pamiętał. Wizje opuszczały już wewnętrzny ekran powiek, niczym schodząca za kotarę po zmysłowym tańcu egzotyczna tancerka. Ciszę odmierzało jedynie tykanie zegara. Westchnął i nie otwierając oczu opatulił się szczelniej kołdrą. Podświadomie pamiętał, że piecyk wyłączał się około drugiej w nocy. Grzejniki zamierały pół godziny później i od tej pory, aż do rana, mrożące macki zimy wślizgiwały się do jego pokoju przez stare okna i szpary między szybami.

Im bardziej odzyskiwał świadomość, tym wyraźniej widział świdrujące go spojrzenie. To spoglądała na niego jego własna, prywatna rzeczywistość. I szczerzyła się żółtymi zębami. Co przyniesie ten dzień?

– O cholera! Chyba to już środa – pomyślał Michał.

Wystawił nogę spod kołdry. Wiedział, że to go obudzi.

Na wpół rozbudzony usiadł na skraju łóżka i otworzył oczy. Jednym spojrzeniem omiótł swoją klitkę i ogarnęło go zdumienie. Chłonął scenę, która właśnie ukazywała się jego oczom w rozpromienionym blaskiem słonecznym pokoju. Zaskoczyło go to, że właśnie dziś był jeden z dwóch dni w roku, gdy słońce wybierało drogę po nieboskłonie w taki sposób, aby bez skrępowania zaglądać w jego okno, upchnięte gdzieś pomiędzy ścianami zimnych bloków. Ta scena była wręcz magiczna. Świetliste promyki, prześwitujące przez las anten i kominów na przeciwległym dachu budynku, skutecznie umilały proces wybudzania się. Szaleńcze gonitwy kolorów, które tańczyły po ścianach, meblach i dywanie wywoływały euforyczną ekscytację. Ścigające się po zakurzonych szybach czterdziestoletniej szafki świetliste arabeski, przypominały obłąkany wyścig cienia ze światłem. Cały pokój poruszał się w rytm słonecznego blasku, falując, migocząc i błyskając odbitymi od popękanej politury promieniami. Skaczące, świetlne fale, przefiltrowane przez ażur starych firanek, podejmowały w rogu pokoju odwieczny pląs światła z ciemnością. Ich flirt ogarnął cały obszar dywanu. Oczy wręcz słyszały ślizgające się po nieumytych szybach kredensu harce zrodzonych ze słońca świetlistych wróżek. Spektakl rozgrywał się również na łóżku. Bezwstydnie zaczął rozkopywać pomarszczone fałdy kołdry. Michał spojrzał na ręce. Pełen zachwytu obserwował, jak miriady mieszających się promyków ślizgają się po jego przedramionach. Nagle wszystko zaczęło zanikać, a on poczuł, że ten nagły wyrzut szczęścia podarowany wprost od Kosmosu, zwiastuje coś bardzo złego.

Odrzucił kołdrę i sięgnął po komórkę leżącą na szafce obok łóżka. Od kilku dni wyczekiwał kontaktu od Weroniki. Wiedział, że siostra czasami potrafiła zaszyć się gdzieś na kilka dni. Być może tym razem było podobnie. Mimo tego, byłoby miło z jej strony, gdyby dała jakiś znak starszemu bratu, że żyje. Niestety, poza SMS-em informującym o wspaniałej nowej promocji w sieci drogerii, nie zauważył żadnych nowych wiadomości.

Michał potarł energicznie policzki, pozwalając, by wypełzające każdego ranka macki codzienności oplotły go oślizłymi ramionami. Czasem już rankiem tęsknimy wieczora.

W końcu wstał. Zatrzeszczało stare łóżko. Poczuł trampek w ustach. Skrzywił się, ale to jeszcze bardziej go otrzeźwiło. Mógł sobie darować tę butelczynę z wczorajszego wieczora. Połączenie wina i analizy dowodów nie pomaga w rozwiązaniu sprawy. A może po prostu usprawiedliwiał picie, siadając do teczek z dowodami i zeznaniami? Pewnie tak było. Wiedział, że któregoś dnia, w jakiejś nieokreślonej przyszłości, musi zastanowić się nad tym i podjąć decyzję, by z tym skończyć.

Co rano to sobie powtarzał.

Stęknął na myśl, że czeka go kolejny dzień w tym parszywym mieście.

Powlókł się prosto do łazienki. Stanął nad kiblem, którego deski nie opuszczał już od prawie roku i oparł się głową o ścianę. Nawet nie musiał celować.

Po umyciu zębów nabrał trochę plastikowego animuszu. Postanowił, że śniadanie zje później.

Spojrzał na zegarek, gdy nagle zadzwoniła komórka.

– Gdzie do cholery jesteś? – krzyknął na powitanie komendant inspektor Janusz Walicki, jego bezpośredni przełożony, szef trzeciego komisariatu. – Dlaczego jeszcze nie siedzisz za biurkiem?

– Cześć, szefie – odpowiedział. – Nie ma mnie przy biurku, bo wczoraj do trzeciej czaiłem się na złodziei. Miałem przeczucie, że ta banda nawinie mi się przed lufę.

– Co? A czy tą szajką nie zajmuje się przypadkiem Judyta? – komendant był wyraźnie zdziwiony. – Jakaś twoja prywatna inicjatywa? Czy masz za mało roboty, co?

– Roboty mi nie brakuje, szefie. Tylko – ciężko westchnął z udawanym smutkiem – tak bardzo chciałem kogoś zaaresztować, że…

– Rób dalej jaja, to pożałujesz – przerwał mu przełożony. – Załatwię ci tyle papierkowej roboty, że twoja dupa przez miesiąc nie zobaczy słońca.

– Nie zwykłem wystawiać mojej dupy na słońce, szefie, ale dzięki za troskę.

­­– Ech, Kostecki. Ty i te twoje wymysły – Walicki postanowił odpuścić. – A jak chociaż przebiegła obserwacja? – postanowił zmienić temat. – Zauważyłeś coś w sprawie włamań? Co to za lokal, pod którym czatowałeś?

– Zapadła dziura szefie, mordownia – odparł z uśmiechem Michał, ciesząc się, że po raz kolejny udało mu się podejść szefa. – W każdym razie, na pierwszy rzut oka nikt by nie mógł założyć, że w środku znajduje sie prawdziwy, jakby to rzec, skarb. Perełka.

– O! – komendant wyraźnie się zainteresował. – Jaki adres?

– Lawendowa trzynaście, szefie.

Przez parę sekund w słuchawce słychać było tylko ciszę. Michał czekał. Nagle z głośnika usłyszał wrzask.

– Kurwa, Kostecki! – było wiadome, że pół posterunku słyszy jego wrzask. – Pakuj dupę i widzę cię tu za kwadrans, jasne? Jaja sobie robisz, a Karol już w terenie!

Cholera. Jakaś nowa sprawa?

– Ok, szefie. Już jadę. – Nagła wesołość uleciała z niego, niczym powietrze z przestrzelonej opony.

– No! – rzucił ostatnie słowo przełożony i rozłączył się.

Karol już w terenie? Zatem trzeba się zbierać. Włożył kurtkę i wyszedł z domu, zatrzaskując za sobą drzwi z numerem trzynaście przy ulicy Lawendowej.

 

W wydziale, poza normalną ekipą dzielnicowych i posterunkowych, było sześciu detektywów. Dwóch starych wygów, Zbyszek i Wojtek, siedziało w rogu obok gabinetu komendanta. Byli zawaleni papierami. Dodatkowo, wdrożeniowcy z kilkuletnim stażem. Tak zwykł mawiać o sobie i Karolu, który w obecnej chwili „był w terenie”. Oraz oczywiście para młodych, po studiach, pełnych werwy i zaangażowania.

Kompletni durnie i żółtodzioby. Ale jakby nie patrzeć, swoi.

– Kostecki! – krzyk komendanta Walickiego odbił się echem po całym piętrze. – Żartownisiu, jak sprawa Nawlekacza? – Michał lubił to, że komendant miał poczucie humoru i wiedział, że w dochodzeniówce żartowanie, nawet prostackie, często spełnia zupełnie inną rolę, niż rozrywkową. Pomaga.

– W porządku, szefie – zdawkowo odpowiedział przełożonemu. – Powoli do przodu.

– Że powoli, to widzę – dogryzł mu Walicki – tylko, że nie do przodu, a do tyłu. – Michał usłyszał szydercze chichotanie kolegów i koleżanek. – Ruszysz dupę, czy mam zamówić do tej roboty jakiegoś ciecia?

Nie czekając na odpowiedź szef trzasnął drzwiami i zniknął w gabinecie.

– Kurwa – odpowiedział zamkniętym drzwiom Michał.

Usiadł przy biurku. Krzesło naprzeciwko było puste.

– Ej, Steciak – zaczepił młodszego posterunkowego, niosącego kilkanaście teczek do archiwum. – Wiesz gdzie pojechał Cichocki?

– Nie, panie sierżancie – rzucił odpowiedź, nawet nie zwalniając kroku.

– Gdzie on, do cholery, jest? Ciągle nie odbiera telefonu – mruknął sam do siebie, sięgając po komórkę.

– Jak tam poszukiwania siostry, Michał? – usłyszał nagle za plecami. Odwrócił się i automatycznie wyciągnął rękę po kubek z kawą, który właśnie lądował w jego dłoni. Ciemnowłosa funkcjonariuszka, Judyta Bieniasz, była detektywem dopiero od dwóch lat. Dziewczyna szczupła i drobnej budowy, nadawała się raczej na hostessę działu z kosmetykami, ale nie można jej było odmówić bystrości. I intuicji. Tego specjalnego daru, który u detektywów aktywuje szósty zmysł i gwarantuje nieprzespane noce. Michała wkurzało to, że jako żółtodziób nie potrafiła przyjąć do wiadomości, iż koledzy i koleżanki z wydziału to zły materiał do treningu swoich detektywistycznych zdolności.

– Nie masz nic do roboty, Judyta? – rzucił jej trochę za ostro. Dziewczyna zupełnie się nie przejęła ukrytą wrogością. – Miałem właśnie znowu dzwonić do Karola. Jest w terenie.

– No i co z tego? – odparła bezczelnie, siorbiąc kawę. – Zaraz pewnie ty też dostaniesz wezwanie. Tymczasem chcę zawczasu pogłębić nasze zawodowe relacje.

– Zawodowe co? – Michał musiał wyglądać, jak głupek z tą rozdziawioną gębą.

– Ech, Michał – Judyta machnęła ręką, jakby odganiała muchę – pytałam o siostrę. Wczoraj wspominałeś, że nie masz z nią kontaktu. Tak? Dobrze pamiętam?

– Z pamięcią u ciebie całkiem dobrze, Judyta. Co cię to tak interesuje?

– Byłam ciekawa, po prostu – uśmiechnęła się do niego. – Poza tym, ta robota z włamywaczami jest taka nudna, że muszę się trochę rozerwać – puściła mu oczko – a z tobą rozerwać się można, Michał.

W końcu zrozumiał. I przeklął w duchu swoją głupotę. Mógł trzymać gębę na kłódkę, gdy na imprezie po aresztowaniu Obcinacza wypił za dużo i język mu się rozwiązał. Do tego tak go omotała, że nie tylko wygadał za dużo, ale dał się zaciągnąć na parkiet. Na samo wspomnienie jego wygibasów, które przypominały bardziej atak chorego na Parkinsona dziadka, czuł wewnętrzne zażenowanie. Judyta, zdawało się, pamiętała to inaczej. A on, osaczony chwilą i jej zdolnościami perswazji zapomniał, że zasada „wszystko, co powiesz zostanie wykorzystane przeciwko tobie” dotyczy dwóch stron barykady. Ona po prostu potrafiła słuchać. I umiała to wykorzystać. Michał był pewien, że z czasem przysporzy jej to więcej wrogów, niż przyjaciół. Ale sama się o tym dowie. Należała do tych młodych. Postanowił nie ciągnąć tematu. Zrezygnowany upił łyk ciepłego, słodkiego macchiato. Skrzywił się.

– Słodzisz taką kawę? – rzucił zmieniające temat pytanie.

– Tobie tak – odbiła piłeczkę Judyta. – Ale my nie o tym. Co z siostrą? – nie dała się zbić z pantałyku. To mu prawie zaimponowało.

– Z Weroniką… – skapitulował – próbuję się skontaktować od dwóch tygodni. Ale to już wiesz, detektywie. Mam przeczucie, że wpakowała się w kłopoty. Nie odbiera komórki, nie oddzwania. Ale dostałem od niej maila z wiadomością, że na jakiś czas wyjeżdża w Himalaje.

– Gdzie? – spytała Judyta, która całkowicie beztrosko rozsiadła się na skraju biurka Michała. – Wybierała się do Nepalu? O! Nieźle – Judyta szturchnęła ramię Michała. – Powiadomiła cię, gdzie się zatrzyma?

– Nie o to chodzi… – Michał czuł się głupio zdradzając slangowe sekrety rodzeństwa. – Zawsze tak mówimy, gdy nie będziemy mogli się kontaktować. Sama wiesz, że w naszej robocie nie zawsze jest czas i sposobność odebrać komórkę. Czasem trwa to dzień, czasem kilka dni. Ja jadę w Himalaje, jak mam tajną robotę i nie chcę, żeby się martwiła tym, że nie oddzwaniam. A ona odwiedza te „azjatyckie Sudety”, gdy chce zaszyć się gdzieś ze swoim nowych kochasiem. Najczęściej. Wtedy znika na kilka dni. Czasem też akurat rozwiązuje jakąś swoją sprawę, która wymaga konspiracji. Już się to zdarzało.

– Ale chyba nie tak długo, co?

Zauważyła, jak troska o siostrę zmarszczyła oblicze Michała i postanowiła załagodzić sytuację.

– Na pewno oddzwoni . W końcu robota dziennikarza śledczego to nie przelewki. To taka nasza siostra, tylko w cywilu – powiedziała wstając i wygładzając swój mundur na płaskim brzuchu. – No nic, wracam do włamywaczy. – Zrobiła kilka kroków i odwróciła się w jego kierunku. – Przecież nawet w Himalajach mają zasięg, prawda?

Komórka Michała zaczęła wibrować. Sięgnął po nią, posyłając Judycie sarkastyczny uśmiech i spojrzał na wyświetlacz.

– No co tam? – rzucił w słuchawkę. – Co? Gdzie się podziewasz? – sięgnął po notes i długopis sterczący w kubku z jednorożcem na biurku partnera. – Aha, już zapisałem. Dobra. Wezmę wszystko i będę na miejscu za piętnaście minut. – Nagle spojrzał za okno na sypiący się z nieba drobny śnieżek. – Piździ. Będę za pół godziny.

Rozłączył się i opadł zrezygnowany na oparcie fotela. Po chwili chwycił kurtkę, sprawdził pistolet służbowy i wyszedł z komisariatu.

 

Na miejsce zdarzenia dojechał swoim prywatnym oplem. Typowym, jak na detektywa przystało. Warstwa błota pośniegowego tworzyła na karoserii artystyczne mozaiki i freski, których nie powstydziłby się student ASP. Chociaż od kilku dni było około zera i każdym rankiem atakowała odwilż (by skapitulować wieczorem), wilgotny, mocny wiatr przenikał na wskroś.

Dojechał na miejsce w dwadzieścia pięć minut. Jego partner, starszy sierżant Karol Cichocki, już na niego czekał. Ćmił szluga.

Michał zaparkował na wolnym o tej porze miejscu przed witryną sklepu z kapeluszami. Jednym z wielu w tym rzędzie sklepów z galanterią męską i damską. Nawet nie zdążył przywitać się z partnerem, gdy ten kiwnięciem głowy przywołał go do siebie i zniknął w uliczce pomiędzy zaniedbanymi elewacjami, pamiętającymi chyba jeszcze czasy Bieruta. Tu i ówdzie krzątali się ludzie z dochodzeniówki. Nie wyglądało to zachęcająco.

– Co tam Karol? – zagaił kumpla. – Co słychać? – Michał chciał od razu przejść do sedna. Poczuł od Karola zapach ukraińskiego tytoniu.

– A jak myślisz? – odpowiedział partner nie odwracając się. – Już od dawna nie miałem do czynienia z takim szajsem.

– Aż tak?

– Sam zobacz – to mówiąc wystrzelił peta i zniknął za załomem muru.

Michał wiedział, że za chwilę spojrzy na martwego człowieka. Na osobę, która kiedyś żyła, płakała, kochała i używała życia, aby dzisiejszego ranka zostać rekwizytem z szafy bezdusznej kostuchy. Widział w swojej karierze już wiele martwych ciał, był więc przekonany, że kolejne nie zrobi na nim wielkiego wrażenia. Taka robota. Z czasem człowiek obojętnieje.

Mylił się. Nie był przygotowany na to, co zobaczy.

 

Od dobrych kilku minut spoglądał na leżące obok niego coś, co przypominało kiedyś człowieka i zaczął żałować, że nie wziął dzisiaj wolnego dnia. Martwe ciało ułożone było na środku alejki pomiędzy ścianami sąsiadujących ze sobą kamienic. Trup leżał na brzuchu. Był grubo owinięty folią bąbelkową. Ofiara, z racji tego, iż na jednej stopie założony był but na szpilce, najprawdopodobniej była kobietą. Wydawało się, że dość młodą. Wskazywał na to stan skóry na odsłoniętych fragmentach. Dokładna ocena jej sylwetki na tym etapie oględzin była bardzo utrudniona. Jednak doświadczeni detektywi mogli oszacować już teraz bardzo wiele.

Ktoś ułożył ją obok przepełnionego kontenera na śmieci.

– Jak wiesz, ta dzielnica ma paskudną reputację. Poza szczurami, mało kto tu zagląda. Tylko właściciel sklepu. No i śmieciarze, co dwa tygodnie.

Rzeczywiście, zaułek był istnym magazynem śmieci, resztek jedzenia i wszelakich zniszczonych sprzętów. Dookoła walała się cała masa kartonów i różnorakich pudeł. Pod ścianą rdzewiały porzucone resztki rusztowania. Najpewniej pozostawionego przez ekipę remontową, która dawno temu próbowała naprawić sypiący się gzyms pod dachem na czwartym piętrze. Ze stanu, w jakim ów sprzęt się znajdował, Michał wywnioskował, że od tamtego czasu musiały minąć długie lata.

Detektyw w milczeniu powrócił do oględzin. Zapisał w notesie, że ciało pozbawiono prawej dłoni i lewej stopy. Po dokładnym obejrzeniu ran wysnuł hipotezę, że zostały najpewniej odpiłowane.

– Myślisz o tym, co ja? – to trudne pytanie postanowił zadać Karol.

– Niestety – odpowiedź Michała zadudniła pomiędzy ścianami kamienic, jak czaszka w toczącej się beczce. – Po wybroczynach można wywnioskować, że cięć dokonano, gdy dziewczyna jeszcze żyła.

Na chwilę obaj zamilkli.

 

Bywały dni, kiedy Michał nienawidził tej roboty. Z każdym kolejnym ciałem powinno być łatwiej. Ale, cholera, nie było! Podejrzewał, że moment, w którym przestanie go to ruszać, będzie dniem, w którym trzeba odejść.

– Leży tu od kilku dni. Bez wątpienia. – Karol spisywał spostrzeżenia w swoim notesie i jednocześnie zdawał relację partnerowi. – Stadium rigor mortis już dawno ustąpiło, oddając ciało procesom powolnego rozkładu. Chociaż w tej temperaturze więcej szkód poczyniły szczury.

Apoteoza tego miasta.

– Trup po tygodniu nie wygląda zbyt apetycznie – usłyszał za sobą głos partnera.

– Apetycznie? – zapytał Michał. – Co ty pieprzysz, Karol?

– Jak nie jest zbyt czerstwy, to chociaż szczury nie pogardzą – opowiedział, jak zwykle.

Ten suchy żart Cichocki powtarzał często. Zdecydowanie zbyt często. Ale żadnego z nich ten durny dowcip już od dawna nie bawił.

Michał patrzył na ułożone na ziemi zwłoki. Zza owijki z folii prześwitywała niebieska, watowana kurteczka, szary, luźny wełniany sweter z golfem i podziurawione dżinsy.

Wyglądała jak zwykła dziewczyna.

– Kiedy przyjdą techniczni ją zabrać?

– Czekają tylko, aż skończymy – odpowiedział Karol. – Wezwałem ich zanim zadzwoniłem do ciebie.

– Ok – rzucił w odpowiedzi, koncentrując się wyłącznie na denatce.

– Jakieś dokumenty? Coś, co sugerowałoby tożsamość?

– Niestety – Karol rozłożył ręce – ja jej nie znalazłem. Może ekipie się poszczęści? Ale mogę się założyć o dychę, że w tym śmietniku nic nie znajdą.

– Sam założyłbym się o to samo. To byłoby zbyt oczywiste. Sprawca nie działa typowo. Też czujesz, że ta sprawa za cholerę nie będzie pasować do schematu?

W odpowiedzi zamilkli obaj i w milczeniu patrzyli na zwłoki. Ręce przyciągnęły ich uwagę.

Już na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że dziewczyna nie rozstała się z życiem ani szybko, ani bezboleśnie. Przedramiona upstrzone były krwawymi znamionami, sińcami i ranami. Widać było, że ją torturowano. Karol pokazał palcem na pozostawioną dłoń. Michał też to zauważył.

– Wyrwane paznokcie – skrzywił się na myśl, jak musiała cierpieć. – Ewidentnie przed śmiercią. Robota psychopaty. Zakładam, że na brakującej dłoni również nie pozostał ani jeden.

– A tutaj? – Michał zwrócił uwagę na lewą nogę. – Ewidentnie złamana, widzisz? – wskazał końcówką długopisu nienaturalnie wykrzywioną kończynę leżącą obok. – Piszczel o mało nie wyszła przez skórę. Musiał być silny, sukinsyn.

Pomiędzy gzymsami zawył wiatr, niosący zapowiedź mrozu.

Karol sięgnął po nowego papierosa.

– W zasadzie to i tak szczęście, że ktoś ją znalazł – stwierdził i potarł zapałkę o draskę. – Niezły bajzel, co nie? – rzucił pytanie w przestrzeń wydmuchując dym w kolorze nieboszczyka.

Michał nie odpowiedział. W milczeniu obserwował miejsce zbrodni. Nagle obudził się z transu, wyrwany ostrym hałasem, gdy jego partner zaczął energicznie wycierać podeszwę buta w oparty o mur kawałek przerdzewiałej obudowy pralki. Spod buta zaczęły sypać się grudki i kamyki.

– A jak tam Weronika? Odzywała się?

– Ej! No co ty! Zapaskudzisz miejsce zbrodni – zrugał go Michał zdumiony tą nagłą zmianą tematu. – Nie. Nie mam z nią kontaktu. No weź się opanuj! To nie wycieraczka. Techniczni zbiorą zeskrobki z twojego buta, dołączą do dowodów i na dołku przefasonują ci dupę w otwór dla zakochanych.

– Przesadzasz – zaoponował. – Zresztą, wlazłem w jakieś gówno. Widzisz? – zaprezentował podeszwę buta. – Przecież nie wsiądę tak do samochodu.

– No w życiu nie widziałem niczego ciekawszego, naprawdę.

Karol wystawił partnerowi środkowy palec.

Michał postanowił, że najlepiej będzie powrócić do roboty. Skoncentrował się i doznał ukłucia niepokoju. Zaczął nabierać przekonania, że w gówno wdepnął również on. Nie wiedział tylko jakie; polityczne, kryminalne, czy rabunkowe. Ale już teraz ta sprawa zaczynała śmierdzieć. Intuicja mówiła mu, że będzie ona całkiem inna od tych, z którymi miał do czynienia.

Po chwili but wydał się Karolowi wystarczająco czysty, by mógł powrócić do roboty.

– Kto ją tu znalazł? – Michał pochylił się nad ciałem i od razu poczuł trudny do zidentyfikowania zapach. Oczywiście poza wonią próbujących się rozłożyć w tej temperaturze zwłok. Drażniący, ale jednocześnie słodki z lekką goryczą, jakby ktoś starł świeże orzechy i pokropił sokiem z cytryny. Michałowi zapach ten wydał się dziwnie znajomy.

– Pracownica sąsiedniego sklepu z garniturami przyszła rano do pracy i ją znalazła. To wejście od zaplecza – wskazał obite grubą, przerdzewiałą blachą wejście do budynku.

– To dlaczego nie znalazła jej wcześniej? Przecież chodzi tędy codziennie.

– Z tego, co mówi, była na urlopie poza miastem. – Karol poszurał oczyszczonym butem po betonie. – Miała chorą matkę, czy coś. Twarde alibi, już sprawdziliśmy. Zastępował ją właściciel, który wchodził głównym wejściem od frontu. Tylko on ma do niego klucze. Właśnie wiozą go na komendę.

– Jak długo trwał urlop tej sprzedawczyni?

– Tydzień – odpowiedział Karol. – Znaczy, normalny tydzień, czyli pięć dni roboczych i weekend.

– Ok, czyli mogła faktycznie tu leżeć nawet siedem dni… Dziwne, że zapach nikogo nie zaalarmował.

– Zapach?! – prychnął Karol. – Chyba smród!

Michał skrzywił się na to określenie.

– Zresztą, co się dziwisz? Z tego kosza na śmieci bardziej cuchnie. Dobra – podszedł i pochylił się nad zwłokami – zawołajmy technicznych. Niech wszystko obfotografują i biorą ją na sekcję. Ale zanim przyjdą, odwróćmy ją na plecy.

Karol kucnął i razem z Michałem przekręcili sztywną dziewczynę na plecy.

Spojrzeli w martwe oczy młodej, ciemnowłosej dziewczyny.

– Cholera – zaklął – mogła mieć najwyżej dwadzieścia pięć lat. Całe życie było przed nią.

– Ładna buzia – dopowiedział Cichocki. – Nawet po tygodniu to widać. Podejrzewam, że była jedną z tych dziewczyn, którym uroda akurat zaszkodziła. Rozwijamy ją?

– Nie będę jej teraz rozwijał. Nie takie prezenty chcę rozpakowywać. Niech się tym zajmie patolog. – Michał chciał już wrócić do wozu, gdy nagle coś go olśniło. Nie zwrócił uwagi, czy miała totem, który morderca zwykł zostawiać przy ofierze. Oczywiście, nie zawsze taki znak był, jednak ta konkretna zbrodnia ewidentnie nosiła znamiona dzieła psychopaty z przerośniętym ego. A tacy zwykle zostawiali pamiątki.

– Karol – zwrócił się do partnera – czy miała totem?

– Czy ja wiem, czy tak można to nazwać? – odpowiedział. – Policjanci, którzy pierwsi przyjechali na miejsce znaleźli coś. Jakąś wiadomość, ale chyba nawet analitycy nie pomogą.

– Dlaczego? – Michał wyraźnie się zainteresował. – Nieczytelna?

– Nie o to chodzi. Czytelna. Jest na kawałku laminowanego papieru – Karol sięgnął do kieszeni. – Wielkości karty do brydża. Tylko, że to jakiś bełkot. Bez sensu.

– Jak była na zwłokach, musi mieć związek ze sprawą. Albo z ofiarą, albo z mordercą.

– Albo jest skierowana do kogoś, kto tę wiadomość zrozumie – dokończył partner.

Na moment zapadła cisza.

– Jakie tajemnice ukrywasz przede mną? – zwrócił się do dziewczyny Michał, gdy poczuł szturchnięcie w ramię. Odwrócił się, by odebrać od partnera małą, białą sztywną kartkę. Wstał i spojrzał na wydrukowany komunikat.

– Rozumiesz coś z tego? – rzucił pytanie do partnera. – Co to może oznaczać?

Ponownie podniósł przed oczy kartkę z wiadomością. U góry widniał tajemniczy symbol: pionowo ustawione trzy trójkąty, nachodzące na siebie w jednej linii. Od najmniejszego u góry do największego na dole. Przecięte jedną, cienką linią zakończoną małym okręgiem, wychodzącą ponad najwyższy wierzchołek. Pod symbolem wyraźnie wydrukowana była cyfra 3.

– Dzisiaj jeszcze nie – detektyw Michał Kostecki ponownie spojrzał na martwą twarz – ale dowiemy się.

 

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *